piątek, 15 maj 2009

Mapy świadomości, cz. IV - Ośrodek III

Mapy świadomości, cz. I - Wstęp
Mapy świadomości, cz. II - Ośrodek I
Mapy świadomości, cz. III - Ośrodek II

Uwaga: "Mapy świadomości" nie mają ostatecznej formy i nie są zamknięte. Zastrzegam sobie prawo do nanoszenia w nich poprawek i dopisywania nowych fragmentów. Życie nieustająco dostarcza mi nowego materiału badawczego i malowniczych przykładów manifestowania się poszczególnych typów ludzkiej mentalności. Tak więc w miarę zbierania nowego materiału będę tu dopisywać to i owo.


Ośrodek III: Potrzeba dominowania
Czakra III: Manipura,zwana też czakrą splotu słonecznego.


„Manipura” w sanskrycie oznacza „Miasto klejnotów”. Kontroluje segment ciała od miejsca znajdującego się dwa palce nad splotem słonecznym do punktu położonego niżej, dwa palce nad pępkiem. Znajduje się na wysokości splotu słonecznego i jest siedliskiem osobowości. Gdy działa prawidłowo człowiek zachowuje spokój i opanowanie w każdych okolicznościach.

Kolor: od żółtego do złotożółtego

Żywioł: ogień

Zmysł: wzrok

Symbol: dziesięciopłatkowy lotos.

Zasada podstawowa: kształtowanie bytu.

W ciele odpowiada: dół pleców, jama brzuszna, system trawienny, żołądek, wątroba, śledziona, woreczek żółciowy, wegetatywny system nerwowy.

Gruczoły: trzustka i wątroba. Trzustka produkuje insulinę, odpowiedzialną za utrzymywanie równowagi poziomu cukru we krwi oraz enzymy rozkładające tłuszcze i białka.

Przyporządkowanie astrologiczne:

Lew i rządzące nim Słońce: ciepło, siła, poczucie własnej wartości, dążenie do uznania, władzy, zaszczytów i statusu społecznego;
Strzelec i rządzący nim Jowisz: wzrost i ekspansja, mądrość, filozofia, wiara, synteza doświadczeń;
Panna i rządzący nią Merkury: analiza, skrupulatność, bezinteresowna służba;
Mars: aktywność, działanie, impulsywność, ego

Zawiaduje trawieniem i przyswajaniem pokarmów. Jest centrum siły i osobowości. W sensie psychologicznym zawiaduje zdolnością wchodzenia w relacje międzyludzkie, emocjami, sympatiami i antypatiami, poczuciem społecznej tożsamości, wolą osiągnięć i potrzebą dążenia do władzy, ale i przystosowania się do wymogów społeczeństwa. W tej czakrze oczyszczane są popędy i życzenia czakr znajdujących się niżej. Przez nią wyraża się też duchowe bogactwo czakr wyższych.

Jeśli ta czakra jest otwarta czujemy się świetliści, radośni i wewnętrznie spełnieni. Gdy jest zablokowana człowiek jest niezrównoważony i mroczny, a życie wydaje mu się ciemne i ponure. Im bardziej zintegrowana osoba, tym bardziej złote jest światło emitowane przez jej czakrę splotu słonecznego.

Przez splot słoneczny rozpoznajemy wibracje innych ludzi. Gdy spotykamy kogoś o negatywnych wibracjach czakra splotu słonecznego kurczy się, ostrzegając nas przed zagrożeniem.

Gdy ta czakra jest otwarta i działa harmonijnie jesteś spokojny, pozostajesz w harmonii z samym sobą, z życiem i światem zewnętrznym, akceptujesz zarówno siebie, jak i innych ludzi oraz przyciągasz pozytywne zdarzenia.

Jeśli jest zablokowana lub jej działanie jest zaburzone człowiek pragnie dominacji, władzy oraz kontrolowania innych i całego świata. Czuje się rozdrażniony i niezadowolony, jest nieopanowany, a swoje poczucie niespełnienia pokrywa nadmierną aktywnością. Nie panuje nad swoją złością, co może w końcu spowodować choroby wątroby i trzustki, cukrzycę lub kamienie w woreczku żółciowym.

Przy niedoczynności czakry splotu słonecznego człowiek jest lękliwy, przygnębiony, zniechęcony i wszędzie widzi się piętrzące się przeszkody, które uniemożliwiają mu osiąganie celów.

———-

Na tym etapie lęk jest wciąż wszechobecny, więc jego przezwyciężenie staje się palącą koniecznością. Na pierwszym etapie plasterkiem na jątrzącą ranę lęku wydawała się ślepa wiara religijna, wiara w kastowy porządek społeczny oraz na końcu etapu gromadzenie majątku „na czarną godzinę”, na drugim pojawiła się nadzieja, że zadanie to spełni ucieczka w świat przyjemności i bogactwa, natomiast człowiek etapu III ma złudną nadzieję, że ulgę przyniesie mu osiągnięcie potęgi i władzy.

Teraz mniej liczy się wygląd zewnętrzny, a bardziej prestiż i wysoka pozycja społeczna. Owszem, wielkie wille, samochody i przyjęcia w dalszym ciągu są w cenie, ale teraz chodzi przede wszystkim o władzę, wpływy i kontrolę. Już nie wystarczą piękne zęby i muskularny, opalony tors, teraz człowiek przywdziewa „zbroję”, czyli tradycyjny garnitur i krawat i wyrusza na prawdziwą wojnę, w której stawką jest wysoka pozycja w hierarchii najpotężniejszych postaci sprawujących władzę nad światem. Służą temu przeróżne tytuły, od naukowych po polityczne i korporacyjne.

Wszystko, co złego napisano na temat fałszywego czy chorobliwie rozdętego Ego zawdzięczamy ludziom z tego poziomu świadomości. Ego to przejawia się w postaci dumy, arogancji, opryskliwości i głębokiej pogardy dla każdego, kto ośmiela się głosić inne niż oni przekonania lub wykazywać odmienne preferencje życiowe.

Działania człowieka na tym etapie motywowane są podświadomym lękiem i poczuciem zagrożenia, które sprawiają, że pragnie on stać się najlepszy i najpotężniejszy. Po raz pierwszy w rozwoju świadomości następuje wchodzenie w szerokie relacje z innymi, jednak nie na zasadzie równości, lecz po to, żeby stać się liderem w stworzonej przez siebie grupie lub stworzyć silny, wspólny front ludzi wyznających taki sam system wartości lub posiadających takie same cele na każdej płaszczyźnie, zarówno finansowej jak i intelektualno-duchowej. Dążenie do sukcesu, prestiżu, sławy, pozycji i władzy staje się nierzadko jego obsesją. Największą potrzebą jest dominacja nad innymi ludźmi, co osiąga nierzadko posuwając się do cynicznego manipulowania nimi. Duży majątek pozwala mu gromadzić wokół siebie usłużnych pochlebców i kupować łaski osób wpływowych.

Człowiek na tym etapie jest przekonany, że myśli samodzielnie i że osiągnął najwyższą możliwą mądrość, co sprawia, że jest arogancki, zadufany w sobie i niebezpiecznie nietolerancyjny dla wszelkich innych opcji światopoglądowych. Nic więc dziwnego, że pragnie, aby wszyscy wyznawali takie same poglądy jak on. Jego problem, z którego w ogóle nie zdaje sobie sprawy, polega na tym, że podobnie jak ludzie z wcześniejszych etapów rozwoju wciąż nie potrafi postrzegać świata inaczej, niż w dualistyczny sposób. Jest przekonany, że istnieje tylko jedna prawda i to właśnie on ją posiadł, a kto myśli inaczej, ten jest głupcem i zasługuje jedynie na zepchnięcie z drogi. Najchętniej wprowadziłby prawny zakaz wyznawania każdego innego światopoglądu poza tym, który sam uważa za właściwy.

Wciąż odczuwa potrzebę odwoływania się do nieomylnego autorytetu, który zapewni mu poczucie bezpieczeństwa i stabilności psychicznej, tyle tylko, że religia już nie spełnia jego oczekiwań. On już nie chce wierzyć, lecz wiedzieć. Trzeba więc jak najszybciej znaleźć nowy autorytet, który nie będzie mówił po prostu „mówię to ja, Bóg, bo Jam Jest, który Jest”. Teraz Bóg musi udowodnić, że jest Bogiem, a przynajmniej musi przedstawić dowód na to, że to, co mówi jest prawdą. Na tym etapie idealnym autorytetem staje nauka. Teraz kapłanom już dziękujemy, na estradzie pojawia się naukowiec i jego magiczne laboratorium, w którym dzieją się rzeczy równie dla niego fascynujące, jak te, które w dniach odpustów i świąt religijnych robiły takie wrażenie na ludziach z poziomu I i II. I tak, jak dla ludzi z wcześniejszych etapów ksiądz był nieomylnym autorytetem, tak teraz obiektem jego kultu staje się nauka i jej uczeni kapłani, ogłaszający prawdy, tak samo nie podlegające dyskusji jak dogmaty religijne. Ponieważ myślenie wciąż jest schematyczne, a intelektowi wciąż brak prawdziwej przenikliwości i zdolności do syntezy, nie zauważa on (i nie chce zauważyć, bo to byłoby zbyt przerażające), że nauka ma swoje ograniczenia i nie jest w stanie dostarczyć prawdy absolutnej.

Ta przemiana rzuca go w ramiona światopoglądu materialistycznego, kartezjuszowskiego, który głosi wiarę wyłącznie w realność świata fizycznego i pogardliwie odrzuca wszelkie kwestie duchowe, które uważane są przez niego za przejaw mentalności prymitywnej i zabobonnej. Jednak przemiana ta jest pozorna – wciąż odbywa się w ramach myślenia dualistycznego, co oznacza przerzucanie się z jednego przeciwieństwa w drugie. Wciąż brak tu umiejętności spojrzenia na całość z dystansu i znalezienia punktu równowagi między dwoma ekstremami. Podobnie jak to miało miejsce na wcześniejszych etapach, gdzie ostatecznym wytłumaczeniem wszystkiego dysponowała religia i jej inkwizytorzy, tak i tu występuje brak umiejętności współczucia, mentalność inkwizytorska, totalitarna i okrucieństwo doktrynalne. Z takimi ludźmi nie da się dyskutować, bo albo przyjmujesz bezwarunkowo ich punkt widzenia, albo stajesz się czarownicą do spalenia.

Niekiedy konformizm lub ambicje polityczne sprawiają, że nie wyrzeka się religii. Uważając się za racjonalistę, a nawet będąc naukowcem może jednocześnie być człowiekiem religijnym, jeśli nie zdołał uwolnić się od lęku lub jeśli taki światopogląd zapewnia mu wymierne korzyści (np. wielu polityków zyskuje dzięki temu dużą popularność, i co jest szczególnie nie do pogardzenia – więcej władzy nad plebsem). W takim przypadku łatwo staje się bezwzględnym doktrynerem zarówno religijnym, jak i racjonalistycznym.

Na tym etapie inteligencja, ciekawość świata i zdolność myślenia przejawia się jako potrzeba gromadzenia faktów i przyswajania wiedzy oraz żonglowania nią, a nie jako samodzielność w wyciąganiu wniosków. Do prawdziwej mądrości wciąż jeszcze daleko. Heraklit napisał: „Nie wystarczy dużo wiedzieć, żeby być mądrym”. Zapamiętywanie faktów, napychanie głowy encyklopedyczną wiedzą i umiejętność myślenia jedynie analitycznego nie mają wiele wspólnego z mądrością. Dlatego ludzie ci nie cenią żadnych samorodnych zdolności ani dokonań osób, które nie mogą wykazać się formalnym wykształceniem. Nie masz papierka z renomowanej i wysoko notowanej w ich rankingu uczelni, to jesteś nikim, zerem i nie ma znaczenia, czego w życiu dokonałeś. To właśnie oni zamieniają naukę w skostniały, niereformowalny system, pełen dogmatycznych teorii, których nie da się żadnym sposobem wykorzenić, nawet jeśli już dawno dowiedziono, że są przestarzałe, a nawet zupełnie fałszywe. Każda próba przeprowadzenia reform wywołuje ich wściekłość, identyczną z tą, z której słynęła święta inkwizycja. Ludzie ci hamują postęp i sprawiają, że nikt spoza ich katedry nie ma prawa głosu, choćby nawet był autorem przełomowego odkrycia naukowego czy technicznego. Niezależnych badaczy i wynalazców zbywa się pogardliwym stwierdzeniem: pan / pani nie ma wykształcenia w tej dziedzinie, więc się pan / pani na tym nie zna i nie ma prawa się wypowiadać.

To właśnie z tej „kasty” przemądrzałych materialistów wywodzą się „doktorzy Frankensteiny”, którzy nie mając szacunku dla Boga i Natury z beztroską arogancją zabierają się za poprawianie dzieła Stwórcy i tworzenie nowych, nieznanych, a w ich przekonaniu lepszych od naturalnych organizmów GMO, po czym wypuszczają swoje twory w świat, nie licząc się z ewentualnymi skutkami tych działań. Nie tylko brak im pokory, żeby poddać swoje dzieło odpowiedzialnym badaniom, oni wręcz narzucają ludzkości swoje „genialne” wynalazki siłą. Kto ich nie chce, ten musi płacić wysokie kary pieniężne za utrudnianie im bogacenia się. Ich bożkiem jest Mamon, bóstwo pieniędzy. Dla zysku bez wahania sprzedaliby swoją duszę i wymordowali, zatruli i zagłodzili bez litości całą ludzkość świata. Kto nie należy do ich klanu, ten nie zasługuje na to, żeby żyć. A jeśli już ma czelność żyć, to niech przynajmniej wykonuje dla nich niewolniczą pracę, która jest jedynym zadośćuczynieniem za przywilej stąpania po tej samej ziemi, co i oni.

Jego największym marzeniem i motorem działania w świecie jest pragnienie wyróżnienia się z tłumu za wszelką cenę i stanie się świecącą wielkim blaskiem indywidualnością. Problem w tym, że jego myślenie i światopogląd są mało oryginalne i nie zdradzają bogatej osobowości. Nawet w szczytnej dziedzinie nauki i wiedzy nie potrafi rozumować inaczej, niż w kategoriach konkurencji i wyścigu, więc szybko odkrywa, że zdobywanie wiedzy również daje poczucie siły i może zagwarantować wysoką pozycję społeczną. Z tego powodu interesują go dyplomy wydane przez drogie, posiadające wysoki prestiż (i przez to niedostępne dla plebsu) uczelnie i zdobycie jak największej ilości literek z tytułami naukowymi przed nazwiskiem.

Bezceremonialnie pomiata innymi ludźmi i pogardliwie depcze ich prawa: tych, którzy są niżej w rozwoju traktuje jak prymitywne, ciemne i przesądne bydło, więc najchętniej zamieniłby ich w kastę najniżej opłacanych niewolników wykonujących najcięższe prace. Kto nie ma przynajmniej mgr przed nazwiskiem ten powinien zamiatać ulice i padać przed nim na twarz. Ludzi stojących w rozwoju wyżej od siebie postrzega jako dewiantów, wariatów, heretyków i niebezpieczny element wywrotowy, zasługujący na starcie z powierzchni ziemi. Domaga się więc od władz państwowych, żeby poddać ich stałej kontroli, a najlepiej zakazać im wszelkiej działalności (np. wykonywania pewnych zawodów) i głoszenia poglądów.

Człowiek na tym etapie wykazuje zupełny brak zrozumienia dla duchowości, humanizmu i filozofii, chyba że jest to filozofia materialistyczna. Wprawdzie potrafi odróżnić prawdziwą sztukę od bohomazów, jednak nie przeżywa jej i ceni ją co najwyżej jako lokatę kapitału. Bardzo charakterystyczny dla ludzi tego pokroju jest głoszony przez nich na każdym kroku pogląd, że jedyną prawdziwą nauką są nauki ścisłe. Z tego powodu głęboko gardzą oni wszystkimi reprezentantami nauk humanistycznych, uważając, że uprawiają oni zwykłą pseudonaukę, która powinna być wykreślona z listy przedmiotów wykładanych na uczelniach wyższych (w rzeczywistości jest zwykle odwrotnie - to humaniści stoją wyżej w rozwoju, ponieważ humanizm budzi się wraz z uaktywnianiem się wyższych czakr). Wierzą w teorię, że z życiu przetrwają tylko najsilniejsi i najlepiej przystosowani, więc głęboko gardzą „nieudacznikami”, którzy nie potrafią urządzić się w życiu równie „mądrze” jak oni. Z tego powodu działalność filantropijna nie robi na nich żadnego wrażenia, a nawet uważają ją za zbędną - chyba, że przy okazji można wywiesić na bilbordzie własne nazwisko i zyskać dzięki temu popularność.

Mentalność inkwizytorska ludzi III poziomu przejawia się w postaci tworzenia przeróżnych „ośrodków apologetycznych”, zarówno religijnych, jak i racjonalistycznych, z zawziętością krzewiących jedynie słuszny w ich przekonaniu światopogląd i fanatycznie zwalczających każdą niezależną myśl lub dziedzinę działalności. Z pozycji tych „ostrzeliwuje się” ostro wszelkie inne (niematerialistyczne) światopoglądy oraz ścieżki rozwoju osobistego. W czasach mrocznej historii ludzkości z tej „kasty” wywodzili się religijni inkwizytorzy, a dziś tę rolę przejął materialistyczny i ateistyczny (i w świetle najnowszych dokonań nauki wsteczny i zacofany) racjonalizm.

Na tym etapie rozwoju odnotowujemy prawdziwą epidemię psychopatii. Osobnik ten jest zupełnie odcięty od swoich emocji, które jawią mu się jako przerażający i zagrażający jego pozycji w życiu żywioł, dlatego je tłumi i represjonuje. W takim bezuczuciowym stylu wychowuje również swoje dzieci. Jedynymi emocjami, których jest w miarę świadomy są złość i zżerająca go frustracja, gdy napotyka na sprzeciw lub trudności w realizowaniu swoich chorych ambicji lub gdy nagle zda sobie sprawę ze swojej nieadekwatności. Uchodzący za wielce kulturalnego, inteligentny i nierzadko znakomicie (według kryteriów obowiązujących na tym etapie) wykształcony, pozornie pewny siebie, na prestiżowym stanowisku i znający swoją wartość człowiek, w rzeczywistości okazuje się zakompleksionym i w głębi duszy przerażonym dużym dzieckiem, które, żeby chronić swoją psychiczną integralność, próbuje kontrolować i podporządkowywać sobie nie tylko własną rodzinę, ale wszystkich w swoim otoczeniu. Ten terror nie musi oznaczać używania brutalnej siły ani niekulturalnych słów. Ludźmi można manipulować przy pomocy bardzo subtelnych i prawie niewidocznych sztuczek, takich jak znaczące spojrzenie, pewne gesty, wymowne prychnięcia lub wyszydzanie.

Małżeństwo nie jest zawierane z miłości (bo ta mogłaby skruszyć „twierdzę” jego nieczułości), lecz dla prestiżu i osiągnięcia jeszcze wyższej pozycji społecznej. Na partnera wybiera się osobę należącą do własnego, lub wyższego „klanu”, najchętniej trudną do zdobycia i związaną z kręgami władzy, finansjery lub renomowanych ośrodków naukowych. Rywalizacja i walka o pozycję toczy się nawet między małżonkami, co sprawia, że osobnik taki nie potrafi się zrelaksować nawet we własnym domu i przy najbliższej mu osobie. Rodzina nie daje poczucia bezpieczeństwa, a dom nie jest azylem. Ich zadaniem jest budowanie prestiżu i blichtru.

Seks już nie służy przyjemności, jak to się działo na poprzednim etapie, bo okazało się, że nie jest skutecznym lekiem na lęk, lecz staje się narzędziem manipulacji i okazywania przewagi. Nie ma tu miejsca na sentymenty i miłość, liczy się tylko siła i dominacja. Miłość jest postrzegana jako przejaw słabości, bo czyni z mężczyzny mięczaka, który staje się słabeuszem, gotowym płaszczyć się przed ukochaną kobietą. Podobnie, zakochana kobieta staje się osobą uległą, należącą do mężczyzny, co pozbawia ją siły płynącej ze sztuki manipulowania nim przy pomocy kar i nagród wymierzanych w małżeńskiej sypialni.

Podobnie jak małżeństwo, również jego relacje z dziećmi nie są oparte na miłości, serdeczności i zrozumieniu. Dziecko ma zaspokajać jego ambicje, powinno się dobrze uczyć i osiągać sukcesy w sporcie. Oczywiście, musi skończyć renomowane szkoły i posiadać odpowiednie świadectwa. Jego indywidualność, talenty ani zainteresowania nie są brane pod uwagę, nie powinno również zadawać pytań ani za dużo myśleć. System edukacji nie przewiduje brania pod uwagę indywidualności czy wrażliwości. Program jest z góry ustalony i należy go po prostu zrealizować, a nad tym zadaniem czuwa cały system kar i nagród.

Napędzającym go paliwem emocjonalnym jest agresja, przejawiająca się w formie złości, niechęci, krytykanctwa, rozdrażnienia, wrogości, obmowy i żalu, mających ukryć zarówno przed otoczeniem, jak i przed nim samym przykrą prawdę, że nie jest ani trochę taki doskonały, za jakiego chciałby uchodzić. Stawia innym tak wysokie wymagania, że nie są w stanie im sprostać, wytwarzając w nich tym sposobem poczucie winy, w nadziei, że nikt nie odważy się zagrozić jego pozycji samca alfa.

Nieświadomość własnego życia emocjonalnego i odrzucanie pierwiastka duchowego sprawia, że choruje, nierzadko bardzo poważnie i w dość młodym wieku. Nieustający i utrzymujący się latami stres związany z przymusem utrzymywania prestiżu i konieczność zwyciężania w wyścigu szczurów rujnują jego zdrowie, a zwłaszcza serce. Ponieważ nie ma on w zwyczaju zagłębiać się w swoje stany emocjonalne ani badać stanu ducha, nawet nie próbuje wnikać w prawdziwe przyczyny chorób. Przeciwnie, uważa, że chorowanie jest dziełem przypadku i nie przyjmuje do wiadomości, że sam się do tego w jakikolwiek sposób mógł przyczynić. W razie choroby domaga się pigułki lub zabiegu chirurgicznego, które szybko i skutecznie rozwiążą jego problemy.

Ludzie z niższych poziomów, chociaż nierzadko agresywni, sami z siebie nie są zbyt groźni. Groźni stają się dopiero wtedy, gdy wpadną pod komendę manipulantów i inżynierów lęku z III etapu. To właśnie oni są twórcami całego systemu państwowego, religijnego, wojskowego, finansowego i w szerokim znaczeniu społecznego. Plebs wprawdzie uwielbia sztandary i parady, ale bierze w tym wszystkim udział jako „mięso armatnie”, podczas gdy oni są tu szefami, komendantami i to oni odbierają honory. To przed nimi prężą się szeregowcy i im rolnicy darowują chleb z solą.

Najwięcej karmy gromadzi się na tym etapie. Żeby robić postępy na ścieżce rozwoju potrzeba pokory, skromności i przyznania się do tego, że się czegoś nie wie, nie rozumie lub nie potrafi. Niestety, ludziom na III etapie tych cech brakuje zupełnie. Przeciwnie, są oni przekonani, że są najmądrzejsi i że osiągnęli najwyższy pułap ludzkich możliwości, i to właśnie ta arogancja i pycha blokuje ich postępy. Dlatego ten etap jest prawdziwą pułapką dla dusz – tu można utknąć na całą wieczność.

Wraz z rosnącą inteligencją i wiedzą zaczynają się pojawiać wątpliwości, a te budzą lęk. Nie można przecież być człowiekiem bez jasno sprecyzowanych poglądów, nie można czegoś nie wiedzieć, ale jakby wbrew sobie zaczyna się zadawanie trudnych, niepokojących pytań i wątpienie w wyznawaną dotąd wizję świata. Sposobem wyjścia z tego etapu jest nauczenie się współpracy zamiast konkurowania, otworzenie swojego serca dla innych oraz próba zrozumienia, dlaczego niektórzy ludzie kierują się w życiu odmiennymi preferencjami.

Ciąg dalszy nastąpi…

niedziela, 26 kwiecień 2009

Stop cenzurze!!!!

Drogi użytkowniku, droga użytkowniczko Internetu!

Wejdź na stronę Stop cenzurze i koniecznie podpisz petycję!

Już 5 maja odbędzie się jakże ważne dla nas głosowanie w Parlamencie Europejskim, a dotyczące tak zwanego Pakietu Telekomunikacyjnego. Brukselscy oficjele postanowili ograniczyć nam dostęp do Internetu i podzielić go na tak zwane "pakiety". Co to oznacza w praktyce? Daje to prawo dostawcom usług internetowych na ograniczony dostęp do zasobów światowej sieci. Przykładowo w najtańszym pakiecie dostaniesz dostęp do jednych, a do innych witryn już nie - zależy to od zasobności portfela właściciela portalu. Może się zdarzyć, że dostęp do niszowych, ale jakże ważnych dla Ciebie witryn będzie zablokowany. Winne są korporacje, które lobbują na rzecz tych zmian pod pretekstem obrony przed piractwem. Jest prawie pewne, że dostęp do sieci p2p zostanie zablokowany, bo żadnemu usługodawcy nie będzie się to opłacać.

Co możemy zatem zrobić? Musimy zareagować, zaprotestować przeciw takim praktykom. Służy do tego ta właśnie witryna, którą oddaliśmy do Państwa dyspozycji. Najgorsza jest niewiedza i na to liczą urzędnicy brukselscy. Bo czy wcześniej słyszeli Państwo o Pakiecie Telekomunikacyjnym, bądź prawie do odcinania użytkownikom Internetu?

Poniżej, po lewej stronie znajduje się list otwarty. Z kolei po prawej, lista wszystkich polskich europarlamentarzystów, z podziałem na frakcje. Naszym celem jest zebranie jak największej liczby podpisów i wysłania ich wraz z listem otwartym do wspomnianych osób. Jeżeli zatem zgadzasz się z nami i postanowiłeś zaprotestować, wypełnij proszę poniższy formularz. Bardzo prosimy o podanie prawdziwych i pełnych danych osobowych (imię i nazwisko) oraz adresu e-mail. Na adres ten zostanie wysłana prośba o potwierdzenie oddania głosu - dokonaj i tego kroku.

Co jeszcze można zrobić? Przekaż adres tej strony swoim znajomym, poinformuj ich o akcji. Sprawa jest naprawdę poważna i dotyczy nas wszystkich!


Podobne informacje znajdziesz na witrynie blackouteurope.pl.

wtorek, 21 kwiecień 2009

Mapy świadomości, cz. III - Ośrodek II

Mapy świadomości, cz. I - Wstęp
Mapy świadomości, cz. II - Ośrodek I

Ośrodek II, potrzeba silnych doznań, „hedonista” i „wyczynowiec”
Czakra II, Svadhisthana, zwana też sakralną lub centrum krzyża.

„Sva” znaczy: „to, co jest własne, co należy do siebie”, a „Dhistana” to „jego obecne miejsce”.

Kolor: pomarańczowy.

Żywioł: woda.

Zmysł: smak.

Symbol: sześciopłatkowy lotos.

Zasada podstawowa: rozmnażanie.

W ciele odpowiada: miednica, organy płciowe, nerki, pęcherz, wszystkie płyny (krew, limfa, soki trawienne, sperma).

Gruczoły: gruczoły płciowe: jajniki i jądra, prostata. Odpowiada za wykształcenie męskich i żeńskich cech płciowych oraz regulację cyklu żeńskiego.

Przyporządkowanie astrologiczne:


* Rak i rządzący nim Księżyc: uczuciowość, wrażliwość, płodność, opiekuńczość;
* Waga i rządząca nią Wenus: partnerstwo, „ty” (jako przeciwieństwo „ja”), erotyzm, wrażliwość na piękno;
* Skorpion i rządzący nim Pluton: pożądanie seksualne, seksualne zjednoczenie, prowadzące do transformacji osobowości, orgazm jako „śmierć” i ponowne narodziny;

Znajduje się tuż nad narządami płciowymi. Reguluje energię seksualną.

I i II czakra leżą tak blisko siebie, że trudno jest jednoznacznie określić zakres ich wpływów. Dlatego pewne ich funkcje przenikają się wzajemnie.

Seksualność, ani nawet erotyzm nie są jedyną sferą działania tej czakry. W rzeczywistości odpowiada ona za „magię życia”, umiejętność dziecięcego zachwycania się cudownością świata oraz za zdolności twórcze (kreatywność). U dzieci ta czakra jest prawie zawsze aktywna, niestety, w okresie pokwitania najczęściej ulega zablokowaniu, nie dlatego jednak, że dziecko w rzekomo naturalny sposób traci swą „niewinność”, lecz dlatego, że otoczenie narzuca mu zakazy, nakazy i ograniczenia związane z seksualnością. To właśnie jest przyczyną powstawania blokad w przepływie energii przez tę czakrę. Nie można poczuć się zintegrowaną osobą, dopóki nie odzyska się poczucia sensu bycia kobietą lub mężczyzną.

Ponieważ żywiołem tej czakry jest woda, z astrologicznego punktu widzenia sferą jej działania są pierwotne, niewyrafinowane emocje, zapładnianie oraz oczyszczanie organizmu z toksyn. Zdolność do naturalnego „płynięcia z życiem” oraz poczucie podłączenia do nurtu „rzeki wiecznego życia” świadczy o prawidłowym funkcjonowaniu tej czakry. Zarówno nadmierna aktywność seksualna (traktowanie seksu jak narkotyk) jak i oziębłość seksualna świadczą o zablokowaniu funkcji tej czakry.

Jak już wspomniałam wcześniej, gdy dusze I etapu odkrywają, że nic nie jest w stanie uleczyć ich pierwotnego lęku, zaczynają go „oswajać”, celowo narażając się na niebezpieczeństwo. Uprawiają więc sporty ekstremalne, wyścigi samochodowe, skoki na spadochronie itp. rozrywki. Dawka adrenaliny daje im poczucie radości i przynosi chwilową ulgę.

Drugim sposobem kojenia skołatanych nerwów jest poszukiwanie przyjemności zmysłowych i czerpanie pełnymi garściami ze wszystkiego, co oferuje im plan fizyczny. Posiadanie dużej fortuny bardzo ułatwia to zadanie. Typowy osobnik na tym etapie to bogaty playboy. Tacy ludzie są klientami luksusowych klinik poprawiających urodę, i to nie tylko twarzy, ale i całego ciała, z uwzględnieniem narządów płciowych, które muszą być u mężczyzn największe, a u kobiet najpiękniejsze według obowiązujących w danej chwili standardów. Ludzie ci uganiają się za sławą, nie gardząc wywoływaniem skandali. Dopuszczalne jest wszystko, co może przyczynić się do wzrostu popularności, a więc atrakcyjności seksualnej, bo o to przede wszystkim chodzi. Ich największą troską jest trzymanie standardów obowiązujących ludzi na tym etapie. Trzeba mieć wszystko naj: największą willę, najdroższe obrazy najsławniejszych malarzy, najpiękniejszy ogród ze strzyżonymi fantazyjnie żywopłotami, najszybszy samochód, imponujący jacht, najpotężniejsze bary, najwęższą talię, największy biust, najpiękniejsze klejnoty, najbielsze zęby, najmodniejsze ciuchy od najsławniejszego projektanta, najpiękniejszą kobietę, najsławniejszego mężczyznę…

Dusze II etapu są niezmordowane w osiąganiu. Najwydajniej pracują, najwięcej zarabiają, najwięcej wydają, a jak się bawią, to do upadłego. Nic więc dziwnego, że bez wspomagaczy nie mogą funkcjonować.

Kto nie jest na topie, ten jest godzien pogardy. Mało tego – w drodze na szczyty można i należy podeptać i rozmiażdżyć każdego lub wywołać wojnę prowadząc politykę konfrontacji, bo liczy się wyłącznie zwycięstwo. Dusze na tym etapie (szczególnie na jego początku) dążą do celu z wielką bezwzględnością, za nic mają etykę i zasady moralne, które postrzegają wyłącznie jako przeszkodę w realizacji celów. Pomiatają one pogardliwie wszystkimi, którzy mają inne interesy, inne zainteresowania i inne poglądy niż one. W nosie mają problemy środowiska i prawa zwierząt. Dla pieniędzy wyrąbałyby wszystkie lasy świata, zatruły wszystkie wody i powietrze, zamorzyły głodem wszystkich ludzi III świata, a nawet zniszczyły całą planetę, byle tylko wycisnąć jeszcze trochę pieniędzy i zyskać jeszcze więcej władzy, wpływów i zaszczytów.

To one studiują w renomowanych uniwersytetach, zdobywają nagrody Nobla, robią karierę jako popularni wykładowcy i wprowadzają „naukową” wizję świata. Ponieważ liczy się wyłącznie wydajność lansują nieprzyjazne naturze, ale za to naukowe metody uprawy roli (nawozy sztuczne) i zatruwające środowisko metody produkcji (produkować dużo i często wyrzucać i kupować nowe, najmodniejsze). Ich zasada to zastaw się a postaw się. Stwarzanie pozorów, snobizm i blichtr to ich żywioł.

Posiadają bardzo niską świadomość duchową, a ich zrozumienie sztuki ogranicza się do snobistycznego kupowania tego, co drogie i wysoko notowane w domach aukcyjnych. Chodzą do kościoła, ale nie dlatego, że wierzą w dogmaty jak dusze etapu I, lecz głównie po to, żeby się tam pokazać zajeżdżając najnowszą limuzyną, paradując w najmodniejszych ciuchach i reklamując swoje biznesy. W rzeczywistości najczęściej są ateistami, nie wierzącymi w żadne życie po śmierci. Wierzą wyłącznie w życie doczesne i w swoje ciało. Dopóki się da naprawiają je wszelkimi dostępnymi metodami, nie dopuszczając do tego, żeby się postarzało, zażywają hormon wzrostu, witaminy i inne stymulanty, łożą wielkie pieniądze na badania nad nieśmiertelnością, a w oczekiwaniu na sukces naukowy na tym polu zamawiają kapsuły kriogeniczne, w nadziei, że za dziesiątki lub setki lat nauka będzie w stanie ponownie ich ożywić i dać im życie wieczne – w tym samym ciele.

Późny etap II charakteryzuje się wielką gonitwą za przyjemnościami, a więc za smacznym jedzeniem, narkotykami, rozrywką pokazywaną w telewizji, niewyrafinowaną artystycznie muzyką, seksem i adrenaliną, którą zapewniają sporty ekstremalne oraz ryzykowne wyprawy w odległe i dzikie zakątki świata, a nawet doznaniami uzyskiwanymi z medytacji czy przeżyć religijnych. Głód silnych doznań zamienia tych ludzi w prawdziwych wyczynowców seksualnych. Stałe powtarzanie tych samych czynności daje przyjemne odczucia, ale prędzej czy później prowadzi do znudzenia. Inny człowiek postrzegany jest jako ktoś, kto może dostarczyć ekscytacji i przyjemności, a nie jako osoba, z którą można nawiązać bliskie relacje o charakterze duchowym. Relacje są płytkie i w rzeczywistości nie satysfakcjonujące, więc po krótkim okresie adoracji nowego idola szybko następuje znudzenie i potrzeba szukania kolejnego obiektu do zdobycia. Niestety, każda kolejna zdobycz okazuje się „taka sama jak każda inna”, ponieważ w tej zabawie nie chodzi o głębokie więzi, lecz wyłącznie o fizyczne, czysto mechaniczne zaspokojenie.

Człowiek na tym etapie ma znacznie więcej znajomych, niż mają ich ludzie etapu I, a jego życie obfituje w ekscytujące zdarzenia (człowiek I etapu był w pewnym sensie „martwy” i sztywny).

Dusze II etapu są raczej pokojowo nastawione do świata. Frustracja, a więc agresja, pojawia się tylko wtedy, gdy dany osobnik nie jest w stanie zaspokoić swoich pragnień lub gdy się już nimi przesycił aż do obrzydzenia. W takim przypadku zamienia się w zgorzkniałego typa, namiętnie oglądającego horrory, zarówno kinowe, jak i życiowe, z lubością prowokuje innych do kłótni i awantur i pogrąża się w poczuciu życiowego niespełnienia.

Wyjście z tego etapu umożliwia zmiana zainteresowań, jakości relacji międzyludzkich oraz przestawienie się z ilości na jakość doznań. A więc otwarcie się na drugiego człowieka i wejście w głębszą relację partnerską.

Część IV

poniedziałek, 23 marzec 2009

Dlaczego jesteśmy ulegli? Źródła bierności wobec tyranii.

Kimkolwiek są i jakkolwiek potworne są ich przestępstwa, w głębi każdego dyktatora, masowego mordercy czy terrorysty tkwi poniżone niegdyś przez opiekunów małe dziecko, które przeżyło tylko dzięki zupełnemu zaprzeczeniu doświadczanym przez siebie krzywdom, uczuciom i bezradności. Jednakże owo zaprzeczenie rodzi w ofiarach pustkę wewnętrzną. W efekcie większość z nich nigdy nie rozwija zdolności do normalnego, ludzkiego współczucia i dlatego nie ma żadnych skrupułów, lub tylko znikome, by niszczyć życie – innych lub własne, z noszoną w środku pustką.

W mojej opinii, jak i na podstawie moich badań nad historiami dzieciństwa najbardziej bezwzględnych dyktatorów jak Hitler, Stalin, Mao Tse Tung bądź Ceausescu, twierdzę, że terroryzm w ogóle, a w szczególności ostatnie, przerażające ataki na USA są makabrycznym lecz ścisłym odzwierciedleniem cierpienia, jakie pod szyldem dobrego wychowania spotyka miliony dzieci na świecie. Niestety, społeczeństwo udaje, że tego nie widzi. Horrory przemocy terrorystycznej możemy oglądać na ekranach telewizorów. Jednak domowe horrory, w jakich dorasta mnóstwo dzieci, bardzo rzadko są ukazywane w mediach. Dlatego też większość ludzi pozbawiona jest informacji o głównym źródle nienawiści na świecie. Publicznie spekuluje się na temat politycznych, religijnych, ekonomicznych czy kulturowych przyczyn przemocy, jednak spekulacje te błądzą w mroku, ponieważ jej główny powód wciąż pozostaje ukryty: stłumienie i następujące po nim zaprzeczanie wczesnodziecięcej, prawomocnej wściekłości, które przeradza się w nienawiść napędzającą rozliczne ideologie.

Na całym świecie i bez względu na czasy – w Serbii, Rwandzie czy Afganistanie – nienawiść pozostaje nienawiścią, a wściekłość wściekłością. Emocje te są zawsze pokłosiem bardzo silnych uczuć, jakimi reagowaliśmy na zranienia i krzywdy doznawane w dzieciństwie oraz normalnych reakcji naszego ciała, któremu zabroniono bezpiecznej ekspresji siebie. Nikt nie przychodzi na świat z pragnieniem niszczenia i śmierci. Każdy noworodek, niezależnie od kultury, religii czy pochodzenia etnicznego potrzebuje bezwarunkowej miłości, ochrony, troski i szacunku. Takie są jego biologicznie założenia. Jeśli zaznaje maltretowania wskutek okrutnych metod wychowania, rozwinie w sobie bardzo silną nienawiść i pragnienie zemsty. Będzie parł do niszczenia innych lub samego siebie (lub obie opcje na raz), ale zawsze będzie to wynik jego wczesnej historii życia, a nigdy wrodzonych wad czy genów. Teorie o destruktywnych genach są współczesną wersją bajek o „diabelskim nasieniu” sugerujących istnienie złych ze swej natury dzieci, które muszą być karane i bite, żeby były miłe i grzeczne.
(…)
Wszystkimi możliwymi sposobami musimy rozpowszechniać te wiedzę – wiedzę, że przez poniżanie i wykorzystywanie naszych małych dzieci nieuchronnie tworzymy i użyźniamy glebę, z której wyrasta przemoc i śmierć.

Nowe prawo, chroniące niemowlęta przed przemocą domową, jak to, którego wprowadzenie w Szwecji znacznie zmniejszyło przestępczość w tym kraju, przyniesie bez wątpienia zasadnicze zmiany w każdym społeczeństwie – jeśli nie natychmiast, to w ciągu 20 lat, kiedy dorosną nigdy nie krzywdzone dzieci, które nie będą zainteresowane przemocą i wywoływaniem wojen.

Alice Miller (2001) „Źródło horroru w kołysce”
Czy w tej sytuacji możemy się dziwić, że podobnie wygląda sytuacja społeczeństwa, całkowicie poddanego władzy polityków i dążącego – niczym Wielki Brat – do totalitarnej kontroli nad obywatelami systemu państwowego?

Przez krótką chwilę cieszyliśmy się humanitarnymi prawami obywatelskimi, nota bene permanentnie łamanymi, a przynajmniej zagrożonymi przez różnego rodzaju władze, lecz już coraz bardziej widoczna staje się tendencja do wprowadzania wręcz totalitarnego systemu kontroli. Jeszcze krócej z humanitarnych praw cieszą się dzieci, którym (z wielkimi oporami) przyznano prawo do życia bez bicia dopiero w latach 80. XX wieku, i to tylko w nielicznych krajach. Te przywileje są tak kruche, że w każdej chwili możemy je utracić na rzecz stale czającej się gdzieś w mroku tyranii.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tyrania wciąż się odradza?

Kończymy kolejną z niezliczonych, krwawych wojen, zamykamy w więzieniach nielicznych zbrodniarzy wojennych, którzy byli na tyle głupi, że dali się złapać lub zostali rzuceni na pożarcie przez swoich mocodawców i naiwnie się cieszymy, że wreszcie nastał pokój i że wreszcie będzie można żyć w harmonii. Czasem ktoś rzuci pytanie, jak to w ogóle jest możliwe, że ci wszyscy sympatyczni i uroczy sąsiedzi, od dziesięcioleci zgodnie współżyjący na danym terenie, mogli w jednej chwili zamienić się w dzikie, krwiożercze, przerażające bestie, ale nie potrafimy znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi ani sposobu zaradzeniu złu.

Problem polega na tym, że zawsze dostrzegamy i próbujemy leczyć objawy zamiast poszukać przyczyn i je usunąć. Dopóki nie dobierzemy się do korzeni zła i nienawiści, nie osiągniemy niczego.

Nie jest prawdą, że człowiek jest zły z samej swojej natury i że nic nie można na to zaradzić. Psychoterapeutka Alice Miller już wystarczająco dawno odkryła i ogłosiła światu, jakie są prawdziwe przyczyny ludzkiego okrucieństwa i co należy zrobić, by położyć temu kres. Kolejne bombardowania „złych krajów” ani zamykanie okrutników w więzieniach nie zmienią sytuacji.

Zmienić należy system rodzinny, bo przyczyny zła lęgną się właśnie w domu rodzinnym, a nie na poligonie.

Richard Dawkins twierdzi, że religie są źródłem wszelkiego zła, bo produkują terrorystów. W pewnym sensie ma rację, ale samo zlikwidowanie religii nic nie zmieni, dopóki nie zmieni się mentalność każdego z nas.

Zastanówmy się, jak i dlaczego religie (i nie tylko religie) to robią?

Nad ponad połową świata przejęły władzę dwie potężne religie monoteistyczne: chrześcijaństwo i islam i to właśnie z nich wywodzi się największa patologia społeczna. Cechą charakterystyczną tych religii jest mająca swe źródła w patriarchacie „hierarchia dziobania”.

System patriarchalny zaczyna się od boga-ojca, męskiego, straszliwego, mściwego, karzącego, władającego piekłem i wieczystymi karami, siedzącego na samym szczycie i dziobiącego wszystkich, którzy są niżej i którzy są słabsi. Starotestamentowy bóg bezlitośnie poniewiera wszystkimi, którzy… nie są bogiem. Pod bogiem jest ojciec, męska „głowa rodziny”, który dziobie żonę i dzieci. U boku ojca siedzi matka, która jest dziobana przez ojca, ale może na równi z nim dziobać dzieci i innych słabszych od siebie. Rodzice nie dziobią swoich rodziców, bo chroni ich IV przykazanie. Dzieci mogą skopać psa lub słabszego (siostrę/brata, kolegę, inwalidę).

Ojciec bywa dziobany przez swojego szefa, policjanta, polityka… ale raczej stara się to ukrywać przed rodziną i znajomymi.

Taka piramida rodzi frustrację we wszystkich, może z wyjątkiem boga, który jest poza zasięgiem dziobów i dziobania.

Tak jak bóg jest terroryzujący i karzący, tak i rodzice, a szczególnie ojciec, mają władzę i uprawnienia, żeby tyranizować, upokarzać i zamieniać w piekło życie dzieci i podobnie jak bóg jest bezkarny, tak i oni mają społeczne przyzwolenie na okrucieństwo. „Sprawa rodzinna”: to hasło do niedawna uniemożliwiało wszelką interwencję policji, gdy sąsiedzi donosili, że w mieszkaniu obok dochodzi do przemocy. Bity dorosły, gdy został napadnięty w domu lub na ulicy, miał prawo wezwać policję, ale maltretowana żona i dzieci zostały tego prawa całkowicie pozbawione.

Bicie w rodzinie przez wieki było „świętą krową”, która nie podlegała żadnym uregulowaniom prawnym. Politycy i policjanci również byli bici jako dzieci, uważali więc, że to jest normalne i że tak musi wyglądać życie rodzinne. Nie tylko uważali to za normalne, ale wręcz za konieczne, gdyż, jak wierzyli, bez bicia nie da się wychować dziecka na porządnego człowieka.

Bite dziecko nie miało żadnych praw. Przede wszystkim nie miało prawa do protestu, a okazywanie złości była zbrodnią karaną szczególnie surowo. Złość została uznana za najgorszą rzecz, jaka istnieje na świecie. Inną powinnością dziecka było bezwarunkowe wybaczanie. Rodzic mógł przekroczyć wszelkie granice okrucieństwa, ale nigdy nie był uznany za złego. Złe – i przez wszystkich potępiane – było dziecko, jeśli okazało złość, a szczególnie, jeśli nie wybaczyło (i nie wyparło z pamięci) tego, co mu zrobili rodzice.

Bycie na dole „hierarchii dziobania” wiąże się też z koniecznością odstępowania wszelkich przywilejów tym, którzy byli wyżej, na przykład nielubianej cioci, która przyszła z wizytą. Gdy ciocia wkraczała w drzwi następował koniec rozwalania się w ulubionym fotelu lub na kanapie, oglądania telewizji w salonie, słuchania radia lub innych, radosnych harców. Trzeba było dla cioci zwolnić wygodny i ulubiony mebel, wyłączyć telewizor i usiąść cicho a kącie. Sprzeciw lub jakikolwiek przejaw niegrzeczności wobec cioci był traktowany jak zbrodnia i jeśli kara nie została wymierzona od razu, można było być pewnym, że i tak będzie nieuchronna.

Wychowywanie dzieci w naszej cywilizacji przypomina raczej pełną przemocy i okrucieństwa tresurę. „Dobrze wychowane” dziecko reaguje na dyskretne spojrzenie rodzica, bo wie, że jeśli nie zrobi tego, czego się od niego oczekuje, spadną na nie gromy. A rodzic jest dumny ze swoich sukcesów wychowawczych, więc chwali się w towarzystwie, jaką to ma grzeczną córeczkę – wystarczy jedno spojrzenie i ona już wie, że zrobiła coś nie tak.

Inną metodą jest zawstydzanie. Matka wprost „płonie ze wstydu” lub „zapada się pod ziemię” z zażenowania, po czym cała w pąsach przeprasza wszystkich, że ma tak niewychowanego bachora, który ją kompromituje.

Szczytem okrucieństwa są kary cielesne, wręcz zalecane przez Biblię i dawne podręczniki dla rodziców. Większość z nas doświadczyła takiego traktowania, czy można się więc dziwić, że ustępujemy, wycofujemy się i nie bronimy swoich nawet najoczywistszych praw? Jak możemy zachowywać się asertywnie, gdy każdy sprzeciw, nawet najbardziej uzasadniony, traktowany był jak zbrodnia i natychmiast karany biciem, upokarzaniem i zawstydzaniem?

Skutki tego są tragiczne. Nawyk ustępowania „silniejszemu” staje się automatycznym odruchem, więc nawet nie zauważamy, kiedy robimy bez szemrania wszystko, co władze nam każą.

Ludzie robią dobrą minę do złej gry, zakłamując samych siebie, że mieli cudownych rodziców i bajkowo szczęśliwe dzieciństwo, że są silni, pewni siebie i asertywni, ale niewyrażona złość i skrywane poczucie upokorzenia tlą się pod spodem, gotowe wybuchnąć w każdej chwili w niekontrolowany sposób. Czasem atakujemy bez powodu – bo się nam zdawało, że ktoś krzywo patrzy albo miał coś na myśli. Zamiast spytać, czy rzeczywiście i wyjaśnić nieporozumienie w sposób cywilizowany, skaczemy sobie do oczu wykrzykując urojone zarzuty. Wystarczy komuś delikatnie zwrócić uwagę na jakiś błąd lub niedoskonałość, żeby ten skoczył krytykującemu do gardła niczym harpia i totalnie zmieszał go z błotem. Nie raz doznałam wręcz szoku, gdy różne osoby, które nierzadko miałam za przyjaciół, rzucały się na mnie z dziką furią, po czym wychodziły trzaskając drzwiami lub przestawały się do mnie odzywać. Uraziłam w jakiś sposób czuły punkt tych ludzi, nie mając o tym nawet pojęcia.

Nic więc dziwnego, że między ludźmi stale wybuchają wojny. Od małych wojenek w domu i pracy (trzeba przecież ustalić „hierarchię dziobania”), poprzez wojny w parlamencie, aż do wojen światowych. Gdzieś przecież trzeba tę złość wyładować. Najlepiej znaleźć kozła ofiarnego: jakiś naród, który jest „gorszy”, „niewłaściwą” religię, niesłuszną ideę, którą trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi lub cokolwiek innego, co usprawiedliwi agresję i nienawiść. Skoro nie możemy zemścić się na naszych rodzicielskich oprawcach musimy znaleźć obiekt zastępczy, na który skierujemy całą swoją skumulowaną przez długie lata i niewyrażoną złość oraz frustrację.

Jeśli nie zrobimy czegoś ze swoją złością będziemy chorować. Stłumiona i niewyrażona złość przejawia się w postaci różnych stanów zapalnych, np. gardła, jeśli nie wolno nam było „pyskować” i musieliśmy w milczeniu wysłuchiwać pełnych wściekłości rodzicielskich tyrad lub zapalenia nerwów, gdy w rodzinie zupełnie brakowało wzajemnego porozumienia. Co wiec zrobić z tymi „złymi” emocjami? Na pewno nie należy ich w sobie dusić. Ale to jest temat na osobną notkę.

Linki powiązane:

Strona Koniec milczenia a na niej artykuły Alice Miller oraz artykuły innych autorów

Mój tekst Wybaczanie

I wstrząsający wywiad z “Wysokich obcasów”: Mamo, odkryj kołdrę

piątek, 13 luty 2009

Mapy świadomości, cz. II - Ośrodek I

Część I: Wstęp

Ośrodek I, potrzeba bezpieczeństwa i walka o przetrwanie

Uwaga! Nie ma czakr lepszych ani gorszych, ważniejszych i mniej ważnych. Wszystkie czakry muszą być zrównoważone i znajdować się we wzajemnej harmonii. W przeciwnym wypadku grozi choroba fizyczna lub zaburzenia psychiczne. Dlatego, jeśli ktoś twierdzi, że nie używa żadnej z niższych czakr, bo jest tak uduchowiony i doskonały, że „jedzie” wyłącznie na czakrach od czwartej wzwyż, to jest zwykłym mitomanem i arogantem, który nie dość, że żyje w zakłamaniu, to co gorsze sam ściąga na siebie kłopoty. Bo prędzej czy później to się w jakiś sposób zemści. Żyjąc na Ziemi nie można oderwać się od korzeni i od Matki Natury, która nas żywi i podtrzymuje energetycznie.

I Muladhara czyli czakra korzenia

Znajduje się u podstawy kręgosłupa, blisko kości ogonowej. W sanskrycie mula oznacza korzeń, a adhara to podpora.

Świeci kolorem ognisto-czerwonym.

Łączy człowieka z ziemią, czyli materią, z której zostało stworzone jego ciało (i w którą się obróci) oraz ze środowiskiem naturalnym. Obdarza odpornością i trwałością. Przez nią wnika energia z Ziemi, a więc zasila nas ona energią życiową, niezbędną do fizycznego przetrwania i ugruntowania się w życiu, zapewnia siłę przebicia w życiu i kreatywność. Daje poczucie „pewnego gruntu pod nogami”. Zapewnia też dostęp do kolektywnej nieświadomości zbiorowej.

Jest to bardzo ważna czakra, ponieważ jest siedliskiem Kundalini oraz punktem początkowym trzech podstawowych meridianów energetycznych (Tao). I czakra jest nieodłącznym elementem systemu, który na drugim biegunie kończy się czakrą siódmą, dlatego obie czakry muszą być w równowadze. Podlega jej trawienie, wydalanie i przetrwanie gatunku.

Bóg śpi w kamieniu, oddycha w roślinie, śni w zwierzęciu i budzi się w człowieku - porzekadło starohinduskie

Umarłem jako minerał i stałem się rośliną,
Umarłem jako roślina i stałem się zwierzęciem,
Umarłem jako zwierzę i byłem człowiekiem.
Czegóż mam się obawiać?
Cóż straciłem umierając?

[Dżelal-uddin Rumi]

Nie jest bardziej zaskakujące narodzić się dwa razy, niż raz
(...)
...doktryna reinkarnacji nie jest ani absurdalna, ani bezużyteczna

[Wolter]

Według teorii reinkarnacji wszystko, nawet kamień, posiada duszę i wszystko w świecie ewoluuje, wzrasta oraz dąży ku doskonałości. Dusza „umarłego” kamienia inkarnuje w roślinie, dusza rośliny w owadzie, owada w ptaku lub zwierzęciu, a w końcu dusza zwierzęcia osiąga stan, kiedy staje się dość dojrzała i świadoma, by stać się człowiekiem. Przejście od zwierzęcia do człowieka jest prawdziwie milowym krokiem i epokowym osiągnięciem.

Na ogół sądzi się, że zwierzęta nie posiadają ani świadomości, ani inteligencji, lecz jest to błędne przekonanie. Są zwierzęta mniej świadome i są takie, które wydają się być bardzo mądre. Niektóre pewnie żyją tylko chwilą bieżącą (trawożercy), ale drapieżniki potrafią inteligentnie planować swoje poczynania i strategie polowania. Inteligencja jest wszechobecna w świecie i aż dziwne, że naukowcy (tacy mądrzy i uczeni) do niedawna w ogóle tego nie dostrzegali. Na szczęście ostatnio to się zmienia i niektórzy przebąkują, że zwierzęta jednak myślą. Do tej pory przypisywano im wyłącznie działania instynktowne, chociaż pewnie sami uczeni nie za bardzo wiedzieli, co to takiego ten „instynkt”. Zresztą nie da się zaprzeczyć, że człowiek również posiada instynkt i że często jest on bardzo pomocny.

Jako dowód na to, że zwierzęta nie różnią się od ludzi aż tak bardzo, jak sądzą niektórzy może posłużyć przykład słoni-artystów, malujących obrazy.

Kiedy patrzy się na ludzi, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jedni bardzo przypominają owce lub krowy, a inni drapieżniki.

Każdy ze stopni rozwoju dzieli się na trzy etapy: wczesny, środkowy i późny (dojrzały).

Ludzie najwcześniejszego, I typu to pierwsza inkarnacja w ludzkim ciele. Wcześniej byli zwierzętami i prawdopodobnie część z nich posiadała duszę zbiorową. Rzecz oczywista, że pierwsze próby w jakiejkolwiek dziedzinie nie mogą odbywać się od razu na mistrzowskim poziomie, dlatego te dusze muszą się bardzo dużo nauczyć. Ludzie na tym stopniu rozwoju inkarnują w dżungli, w klimacie tropikalnym, który zdejmuje z nich konieczność troszczenia się o ubranie i o pożywienie. Dziś plemiona pierwotne są już na wymarciu i zostało ich niewiele, głównie z powodu niekontrolowanego wyrębu lasów oraz zniszczenia i skażenia środowiska przez poszukiwaczy skarbów naturalnych, głównie węgla, ropy, złota i diamentów. Zanikanie środowiska odpowiedniego do zamieszkania przez ludzi pierwotnych świadczy o tym, że nasza planeta szykuje się do skoku w nową rzeczywistość, w której nie będzie już warunków do inkarnowania dla tego typu dusz.

Ludzi tych można porównać do znanej z Księgi Rodzaju pierwszej pary ludzi, z okresu, gdy nie poznali oni jeszcze tajemnicy dobrego i złego. Są to istoty niewinne, przypominające małe dzieci, które (jak doskonale wiedzą wszyscy rodzice) nie mając świadomości dobra i zła są skore do nieustannego psocenia. Jeśli dziecko podpala dom, to nie dlatego, że jest złe i niemoralne, lecz dlatego, że rodzice zachowali się nieodpowiedzialnie i bez wyobraźni, zostawiając na wierzchu zapałki. Rodzicami tych duchowych dzieci są szamani, którzy odpowiadają za ich bezpieczeństwo i przeżycie. Szamani to znajdujące się na wysokim stopniu rozwoju dusze dojrzałe, a nawet stare, odznaczające się dużą mądrością i wiedzą. Gromada oraz opieka doświadczonych szamanów zapewniają członkom plemienia namiastkę bezpieczeństwa, ale niczego nie gwarantują.

Jedyną troską ludzi żyjących na tym poziomie jest fizyczne przetrwanie we wrogim środowisku. I to jest bardzo poważna troska. Wszędzie wokół czai się śmierć: dżungla pełna jest drapieżników, jadowitych owadów i węży, szerzą się choroby, może zdarzyć się pożar lub powódź. W lesie, w ciemności nocy, a nawet za chatą żyją też demony i inne, przerażające siły nieczyste. Ten etap charakteryzuje się jednym, wielkim i nieustającym lękiem.

Polski misjonarz żyjący wśród peruwiańskich Indian porównał ich do chodzących żołądków. Według niego ci ludzie nie mają świadomości i stale przebywają w stanie swoistego snu na jawie. Budzą się, gdy żołądek zaczyna burczeć i domagać się, by go czymś wypełnić. W takiej chwili wódz zwołuje plemię i wszyscy wyruszają do dżungli na polowanie. Kobiety zbierają bulwy, a następnie je obierają i skrobią, oprawiają zwierzęta przyniesione przez mężczyzn i robią prosty, nie wyrafinowany posiłek. Przyjemność z wykwintnego jedzenia jest jeszcze niedostępna na tym etapie, wystarczy tylko zaspokoić głód. Po jedzeniu plemię znowu zapada w stan letargu, który kończy się w chwili odczucia przez nich głodu. Interesuje ich niewiele więcej poza jedzeniem. Przenoszą się na nowe miejsce tylko dlatego, że w starym wyzbierali już wszystko, co tam rosło. Dusze te nie posiadają jeszcze intelektu ani nawet wyraźnie indywidualnej świadomości, lecz mają dobrze rozwinięty instynkt i czują związek z ziemią i naturą. Nie rozumieją one jeszcze zasad etyki i moralności, więc szamani muszą ich stale pilnować i pouczać. Żeby w wiosce panował porządek trzeba sprawić, żeby sprzątanie i dbanie o czystość stało się świętym rytuałem, w przeciwnym wypadku nikt się nie ruszy, żeby cokolwiek zrobić. Małżeństwo nie jest oparte na bliskości, a zwłaszcza na miłości. Kobieta i mężczyzna mają określone funkcje i obowiązki, więc się z nich wywiązują, a szamani pilnują, żeby ich seksualność nie wymknęła się spod kontroli. Utrzymywanie dyscypliny i moralnego porządku wymaga wprowadzenia pojęcia tabu, którego pod karą śmierci nie wolno przekroczyć. Na tym etapie tabu jest niezbędne, ale na wyższych może ograniczać rozwój. Problem w tym, że nie jest łatwo go wykorzenić, nawet w cywilizowanych społeczeństwach.

Wczesny typ I praktycznie nie występuje w naszej części świata. Sporadycznie można takich ludzi spotkać jako dzikich lokatorów ogródków działkowych czy na wysypisku śmieci, gdzie zbierają wszystko, co da się sprzedać. Ludzie ci jedzą żywność ze śmietników i chodzą obdarci, brudni i śmierdzący, nic więc dziwnego, że tzw. „porządni obywatele” zmykają przed nimi z przerażeniem. Przepijają oni praktycznie wszystko, co zarobią, więc jeśli nie zamarzną w czasie srogiej zimy, zwykle umierają z przepicia. Jeśli taki osobnik nie urodzi się w dżungli, lecz w zachodniej cywilizacji, co jest równoznaczne z brakiem prowadzenia przez silnego wodza / szamana może zamienić się w najprawdziwszą krwiożerczą bestię. Jednym z przykładów jest Richard Ramirez, seryjny morderca, który spowodował prawdziwą panikę w Los Angeles w latach 1984-1985.

Ludzie na tym etapie są niesłychanie dumni ze swojego człowieczeństwa. Na żadnym z późniejszych etapów rozwoju człowiek nie jest tak dumny z tego, że jest człowiekiem i nie gardzi tak bardzo zwierzęciem, które jawi mu się jako dzika, nieokrzesana, odrażająca i bezbożna bestia.

Pod koniec tego etapu zaczyna się budzić coraz większe poczucie swojej indywidualności i wielka potrzeba zapewnienia sobie poczucia bezpieczeństwa oraz pewności, że się wie. Dusze te wciąż nie tylko potrzebują, ale wręcz pragną prowadzenia przez kogoś silnego i mądrzejszego od nich, stąd ich wielkie poważanie dla autorytetu, który postrzegają jako absolutnie nieomylny. Zamiast samodzielnego myślenia mamy tu raczej bezkrytyczne przyswajanie idei głoszonych przez kapłanów, lekarzy, uznanych polityków i inne, podobne postacie. Tu wciąż rządzi lęk i to on jest siłą napędową wszelkich działań, a krycie się pod skrzydłami autorytetu i wypełnianie umysłów wszelkimi „tak jest słusznie”, „tak trzeba” i „taka jest jedyna prawda” daje złudne poczucie bezpieczeństwa. Podobne nadzieje spełniają pieniądze gromadzone „na czarną godzinę” i pełna aż do przesady spiżarnia. Dlatego na tym etapie pojawia się coś, co można obrazowo określić jako „zapychanie”. Ludzie ci swoje mieszkania zapychają gratami i zapasami żywności ponad potrzeby, skarpetę zapychają pieniędzmi, a umysły zapychają ideami, doktrynami, teoriami, dogmatami oraz światopoglądowymi fundamentalizmami. Świat postrzegają wyłącznie w odcieniach bieli i czerni, co sprawia, że „wiedzą absolutnie wszystko”, zawsze mają rację i nie muszą się nad niczym zastanawiać. Każdą dyskusję definitywnie kończy powołanie się na tradycję naszych dziadów i ojców lub na niepodważalny i ostateczny autorytet papieża bądź świętej księgi. To są świętości z którymi się nie dyskutuje.

Każda idea, która mogłaby zakłócić stabilność psychiki wynikającą z prostego, oczywistego, czarno-białego postrzegania świata jawi się jako przerażające i zagrażające egzystencji zjawisko. Albo jesteś z nami, albo przeciwko nam, albo wyznajesz te same wartości, przede wszystkim religijne, albo jesteś wrogiem i musisz się liczyć z atakiem agresji, nierzadko skrajnej i morderczej. Jest to typ lękliwy i chorobliwie podejrzliwy, wręcz skłonny do paranoi. Święta inkwizycja i tajne policje zajmujące się inwigilowaniem własnych obywateli to właśnie ten typ, stale zżerany niepokojem, że coś może się dziać poza jego kontrolą i tym samym stanowić zagrożenie dla jego osobistego bezpieczeństwa lub dla bezpieczeństwa jego kraju (który oczywiście jest jedynym cywilizowanym i najwspanialszym krajem na całym świecie). Ten lęk wychodzi poza sferę prywatną i rozlewa się na cały świat. Jak widać ta mentalność wciąż ma się dobrze, na co dowodem są wszechobecne kamery podglądające ludzi w każdym miejscu i każdej sytuacji i zmieniające świat w jeden wielki dom Wielkiego Brata. Przejawem tego jest również produkcja programów szpiegujących prywatne komputery (zwane „wirusami” lub „trojanami”, które w rzeczywistości produkowane są przez służby specjalne), cenzura, a w końcu idea „Nowego Porządku Świata” (NWO, New World Order), zrodzona w umysłach Napoleona, Hitlera i... obu prezydentów Bushów, której celem jest narzucenie całej ludzkości systemu totalitarnego.

Lęk przed wszechpotężnym i mściwym bogiem skłania tych ludzi do dziwnych zachowań, mających przebłagać jego ewentualny gniew: do ascezy, samobiczowania, wyrzekania się jedzenia, snu, seksu i wszelkiej radości. To właśnie ci ludzie stale przypominają o śmierci i konieczności pokutowania. Jeśli taka osoba wybierze drogę kariery, gotowa jest zapracować się na śmierć, ponieważ odmawia sobie prawa do wypoczynku i relaksu.

Ponieważ ich umysły stale zajęte są lękiem przed przyszłością i pełne wyobrażeń wszelkich możliwych klęsk, kryzysów i katastrof życiowych, ich zdrowie nie przedstawia się dobrze. Niska świadomość sprawia, że ludzie ci bardzo źle się odżywiają. Bardziej stawiają na ilość niż na jakość („zapychanie”), jedzenie bywa też postrzegane jako źródło prestiżu – moi rodzice żyli w nędzy, ale mnie stać na tłuste szynki i balerony, więc będę je jadł w takich ilościach i tak demonstracyjnie (rzecz jasna, bez żadnego obrzydliwego zielska, które jest dobre dla królików, a nie dla ludzi), żeby inni poczuli zazdrość. O ile na wczesnym etapie byli dziećmi natury i leczyli się wyłącznie ziołami, żywnością oraz szamańską „magią”, obecnie stają się „racjonalni” i nie wierzą w żadne ludowe zabobony. Z tego powodu leczą się wyłącznie chemią, połykając leki całymi garściami i pokornie korzystają z usług chirurgów, którzy wycinają im kolejne „chore” narządy, aż do etapu, na którym już nie ma co wycinać. To właśnie dzięki tym ludziom koncerny farmaceutyczne i firmy ubezpieczające od wszelkich możliwych klęsk są tak obrzydliwie bogate.

Jeśli taki osobnik dorobi się majątku będzie go trzymał na wysokooprocentowanym koncie w banku na czarną godzinę, której przyjścia paranoicznie się obawia, podczas gdy jego rodzina będzie marznąć i przymierać głodem.

Rodzinę trzyma silną, męską ręką. Żona musi być pokorna i usłużna, zarówno ona, jak i dzieci muszą się pana i władcy bać, bo inaczej nie będą go szanować. Dom musi być wysprzątany do połysku, a trawnik idealnie przystrzyżony. Wychowanie w tej rodzinie jest w rzeczywistości tresurą. Bicie, upokorzenia i pomiatanie słabszymi są na porządku dziennym. W takich rodzinach nie ma miłości ani bliskości emocjonalnej, ani między rodzicami i dziećmi, ani w seksie, który służy wyłącznie prokreacji i jest traktowany jako coś brudnego, grzesznego i niedozwolonego, co oczywiście budzi poczucie winy i wstydu. Zadośćuczynieniem za ten „grzech” jest wysoka płodność, która jest w tym środowisku bardzo ceniona jako cnota. Dzieci muszą wyznawać system wartości rodziców, więc o jakiejkolwiek, choćby tylko symbolicznej wolności mowy być nie może. Kontrolowane jest wszystko: długość włosów, lektury, ubrania, towarzystwo, zainteresowania. Tornistry są regularnie rewidowane w poszukiwaniu papierosów, narkotyków, prezerwatyw i świerszczyków. Za każde przewinienie dzieci dostają w łeb. Żonie za zupę za słoną również należy się tęgie lanie.

Rodzic I etapu wybiera dla swoich dzieci szkołę o pruskim rygorze lub klasztorną, słynącą z dyscypliny i religijnej ortodoksji, najchętniej taką, w której stosowana jest chłosta i bezwzględne traktowanie, a nauka wszystkich przedmiotów oparta jest na ślepej wierze w słowa autorytetu. Uczeń nie ma prawa myśleć ani zadawać pytań, lecz musi wszystko wkuć na blachę i wyrecytować nawet obudzony w środku nocy. Dziecko jest upokarzane i utrzymywane w poczuciu niższej wartości. Kiedy w końcu dorośnie, będzie w równie okrutny sposób traktowało innych, a zwłaszcza słabszych od siebie.

Jak widać, obecna edukacja oparta jest wciąż w znacznym stopniu na standardach charakterystycznych dla środkowego I etapu rozwoju (chłosty na szczęście zakazano). Również dziś dzieci muszą opanować konkretny materiał, ustanowiony odgórnie przez Ministerstwo Oświaty, które z kolei musi się zastosować do ogólnoświatowych zaleceń. Wszystkie inne formy edukacji uważane są za „eksperymentalne”, co ma podtekst taki, że są to szkoły kształcące dziwaków i ludzi nieprzystosowanych, którzy nie będą pasowali do „normalnego” społeczeństwa (w taki właśnie pogardliwy sposób skwitowała informację o szkołach steinerowskich pewna moja katolicka znajoma).

Ponieważ ludzie na tym etapie rozwoju panicznie boją się wszelkiej wolności i chaosu, jako czegoś, nad czym nie mają kontroli, są idealnymi wyznawcami, bezwzględnie przestrzegającymi nakazów i zakazów ich religii, partii politycznej czy wszelkich norm, które uważają za właściwe. Nigdy nie zrozumieją tych, którzy pragną żyć według własnych norm moralnych i dlatego robią wszystko, żeby zmusić cały naród, a jeszcze lepiej cały świat, do przestrzegania tak przez nich poważanych „wartości chrześcijańskich” (muzułmańskich, narodowych, racjonalistycznych czy dowolnych innych). To również doskonali patrioci, prężący się na widok sztandaru. Wszelkie organizacje grupowe, wymagające bezwzględnego posłuszeństwa, takie jak wojsko czy policja są ich żywiołem. Święta religijne i państwowe, przysięgi, ślubowania, parady, rozkazy, dyscyplina i dryl wojskowy to dziedziny, które najbardziej ich pociągają. To oni utrzymują porządek w społeczeństwie i na świecie, zawsze gotowi spacyfikować każdy przejaw aspołecznej anarchii i obywatelskiego nieposłuszeństwa. Szeryf ścigający złych bandytów, burmistrz rządzący miastem twardą ręką, kapłan stojący na straży czystości moralnej, płomienny kaznodzieja porywający tłumy do modlitwy, prawnik ustalający sztywne prawa (np. dopuszczalny kąt zakrzywienia banana i ogórka), biurokrata trzęsący urzędem czy dowolna Osoba Posiadająca Autorytet oraz zadymiający cały świat fabrykant to młoda dusza w swoim żywiole. Po ciemniej stronie mocy stoją członkowie Ku-Klux-Klanu, rzucający w kliniki bombami „obrońcy życia poczętego” i purytanie, znani ze swego okrucieństwa i nienawiści.

Potrzeby duchowe zapewnia regularne chodzenie do kościoła i na religijne imprezy, kulturalne natomiast ograniczają się do sztuki zwanej „prymitywną”: przedstawiającej naturę, sceny biblijne, zabawy wokół kościoła, czy wojskowe parady (czasem jest to bardzo ładna i ceniona przez kolekcjonerów sztuka!), muzyki ludowej, disco-polo i zabaw na dyskotekach.

Oto cytat z bloga osobnika na tym etapie:
Kurwica mnie bierze kiedy słyszę, że rząd chce wprowadzić jakiś bezsensowny zakaz bicia dzieci. Kurwica mnie bierze tym bardziej, że - z całym przekonaniem mówię - bijcie dzieci więcej i mocniej, żeby je wychować na porządnych ludzi. Generalnie poprę akcje tego typu wtedy, jeżeli zbiorę wszystkie tazoo z laysów i ściągnę całe porno z sieci. Każdy który ma więcej niż 30 lat i czyta to, dochodzi do wniosku, że przecież on sam dostawał lanie od rodziców i czy mu to wyszło na gorsze? Czy jest jakiś ułomny z tego powodu? Ma jakieś bariery psychiczne? Mało tego, że dostawał wpierdol od rodziców ale był bity też przez nauczycieli długimi drewnianymi linijkami (no to trochę przesada, żeby pozwalać bić swoje dzieci obcym ludziom).

Przeczytajcie komentarze pod tym wpisem, zgroza!!!

Początkiem wychodzenia z tego etapu jest pragnienie oswojenia lub wręcz pokonania lęku. Zmiany przychodzą, gdy osobnik nie ucieka przed przerażającymi go sytuacjami, lecz próbuje odważnie stawić im czoła. Kierowcy rajdowi, sportowcy ekstremalni, najemnicy, kaskaderzy itp. to ludzie, którzy odkrywają, że pokonywanie lęków może dać potężny zastrzyk adrenaliny, poczucia szczęścia, euforii i... wolności. Dzięki temu, szczególnie jeśli stają się sławni, podziwiani i kochani, uczą się otwierać emocjonalnie na innych ludzi i wchodzić z nimi w uczciwsze niż wcześniej relacje. Również ich życie rodzinne staje się przyjemniejsze, bo mniej sztywne i formalne. Zaczynają ich cieszyć pikniki, na które mogą jeździć całymi rodzinami, kościelne imprezy dobroczynne i inne aktywności, w których mogą brać udział ludzie o podobnym światopoglądzie.

Każdy człowiek, na dowolnym poziomie rozwoju, ma w sobie coś z pierwotnego mieszkańca dżungli, ponieważ człowiek też jest zwierzęciem. Wszyscy posiadamy ciało fizyczne, które ma swoje potrzeby: musimy jeść, wydalać, chronić się przed wpływami środowiska, np. przed zimnem, potrzebujemy seksu, mamy instynkty, które często dochodzą do głosu poza kontrolą rozumu, odczuwamy irracjonalne lęki itp. Każdy z nas kiedyś zachował się jak przerażony lub rozwścieczony zwierzak.

Część III: Ośrodek II

środa, 11 luty 2009

Mapy świadomości, cz. I - Wstęp

Wstęp

W tantrze i jodze jest pewna mapa wnętrza człowieka. Dobrze będzie, jeśli zrozumiesz tę mapę - to ci pomoże, ogromnie ci pomoże.

Tantra i joga zakładają, że w fizjologii człowieka - w subtelnej fizjologii, nie w ciele - jest siedem ośrodków. W rzeczywistości są to metafory. Ale są one bardzo, bardzo pomocne w zrozumieniu czegoś z wnętrza człowieka. Jest to siedem czakr.
Mapy służą pomocą w dotarciu do celu. Tak samo i mapy wnętrza człowieka są pomocą w dotarciu do sedna i celu istnienia - do poznania siebie. Nie są to filozofie, nie są to doktryny czy też dogmaty, których należy ściśle przestrzegać i je wyznawać. To wskazówki, dzięki którym możesz łatwiej zrozumieć swoje funkcjonowanie, relacje z ludźmi, własne myśli, uczucia i czyny - całe swoje życie.

Ale nie poprzestawaj na studiowaniu mapy. Zerknij na nią co jakiś czas, pilnując, czy zmierzasz we właściwym kierunku, ale przede wszystkim idź, działaj, wędruj, poruszaj się, szukaj.

Szukaj bez ustanku, bez wytchnienia, aż wreszcie dotrzesz do tego miejsca w sobie, które okaże się celem twojego istnienia.


Swami Dhyan Aadhar

UWAGA! Mapy są tylko narzędziem. Do czego zostanie ono użyte zależy wyłącznie od tego, kto się nimi posługuje. Dobrej duszy pomogą one w rozwoju osobistym, podczas gdy ktoś niemoralny może ich używać do złośliwego oceniania bliźnich. Mapy jako takie nie są ani dobre, ani złe. Dobry bądź zły może być tylko sposób ich użycia.

Uwaga II: Te teksty nie są ostatecznie skończone. Zastrzegam sobie prawo do nanoszenia w nich poprawek i dopisywania nowych fragmentów. Życie nieustająco dostarcza mi nowego materiału badawczego i malowniczych przykładów manifestowania się poszczególnych typów ludzkiej mentalności. Tak więc w miarę zbierania nowego materiału będę tu dopisywać to i owo.


Mapy świadomości, jak sama nazwa wskazuje, są przewodnikiem po świecie rozwoju duchowego. Stopnie rozwoju w Mapach Świadomości są analogiczne do aktywności siedmiu czakr, czyli ośrodków energetycznych w naszych organizmach. Każda czakra „zarządza” pewną sferą zdrowia, psychiki i aktywności duchowej.

Dzięki Mapom łatwiej jest kierować własnym rozwojem i wyłapywać błędy na ścieżce, którą się podąża. Służą one przede wszystkim do diagnozowania własnego rozwoju, a nie do oceniania innych, chociaż wiedza na temat praw rządzących rozwojem innych ludzi może być bardzo pomocna również w zrozumieniu motywacji i zachowań ludzi, których się spotyka na swojej drodze. Mapy te posłużyły Kenowi Keyes’owi do opracowania jego systemu psychologicznego modelu dojrzewania świadomości.

Mapami świadomości posługiwali się tacy nauczyciele duchowi jak Gurdżijew i Osho, wspominają o nich również niektóre channelingi. Podobnie jak opisy znaków zodiaku mapy te są pewnego rodzaju archetypami, dlatego w życiu nie spotyka się ludzi reprezentujących czyste typy.

Żeby je zrozumieć należy zapoznać się z funkcjami czakr i za rzecz oczywistą przyjąć doktrynę reinkarnacji, która zakłada, że do osiągnięcia swojego pełnego rozwoju i końcowego oświecenia dusza potrzebuje wielu wcieleń. Im więcej wcieleń ma za sobą dana osoba, tym starsza jest jej dusza, a zatem wyższa jest jej świadomość i głębsze rozumienie sensu ziemskiej egzystencji.

Uwaga: wiek ciała fizycznego nie świadczy w żadnym razie o wieku duszy! Stuletni starzec może być bardzo młodą duszą (mającą za sobą niewiele wcieleń), a małe dziecko starą. Podobnie, ani imponujące IQ, ani poziom wykształcenia (kariera naukowa), bogactwo, władza, światowa sława czy nieprzeciętna uroda nie stanowią dowodu na zaawansowanie duszy w rozwoju. Młoda dusza może być bardzo inteligentna i być np. genialnym uczonym czy inżynierem w NASA, lecz pozostawać jednocześnie w stanie ignorancji (czyli nieprzebudzenia duchowego). Z kolei zwykły i skromny ogrodnik może być duszą starą. Również tzw. moce sidhi (zdolności telepatyczne, umiejętność lewitowania, czytania w umysłach innych ludzi i czynienia innych, podobnych „cudów”) nie mają związku z zaawansowaniem duchowym (są to talenty, takie same jak muzyczny czy aktorski). Ponadto Ziemia nie jest jedynym miejscem, w którym rozwinęło się inteligentne życie. We Wszechświecie istnieją planety zarówno o wyższych wibracjach duchowych, jak i o niższych. Tak więc zakończenie ziemskiej edukacji wcale nie musi oznaczać ostatecznego wyzwolenia z kręgu wcieleń.

Reinkarnację można porównać do zmiany ubrań: gdy stare się zużyje, zmieniamy je na nowe. Tak jak po zmianie ubrania wewnątrz pozostaje ta sama osoba, tak i zmiana materialnego „pojazdu”, jakim jest ciało nie sprawia, że zasiedla je nowa dusza. Żyjąc w materialnym ciele dorastamy, dojrzewamy, a w końcu się starzejemy, zmienia się również nasza osobowość, która w niemowlęctwie czy dzieciństwie jest inna niż w wieku dojrzałym czy na starość. Podobnie ewoluuje dusza, z każdym kolejnym wcieleniem nabierając doświadczenia i gromadząc życiową mądrość. Przed zejściem na plan ziemski dusza pozbawiana jest wspomnień z poprzednich wcieleń, ale ma dostęp do zgromadzonej wcześniej mądrości.

Nie trzeba wielkiej wnikliwości, żeby zauważyć, że ludzie różnią się między sobą nie tylko temperamentem, cechami charakteru czy inteligencją, ale również sposobem postrzegania świata i stosunkiem do życia. W życiu spotykamy zarówno ludzi określanych pogardliwym przydomkiem „prymitywnych bydlaków”, jak i osoby, które uważamy za niezwykłe, charyzmatyczne i obdarzone jakąś wręcz kosmiczną mądrością.

Niemal codziennie widujemy w telewizji religijnych fundamentalistów, którzy łatwo stają się siejącymi śmierć terrorystami („obrońcy życia”, rzucający bomby na kliniki dla kobiet, zabijający lekarzy i matki i nie widzący, że tym sposobem niszczą życie, zamiast je chronić), po przeciwnej stronie barykady sytuują się nie mniej fanatyczni, podobni średniowiecznym inkwizytorom ateistyczni dogmatycy, nie tolerujący niczego, co nie jest zgodne z ortodoksją materialistycznego racjonalizmu, gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami wiodą szalone życie ryzykanci, stale narażający swoje życie w sportach ekstremalnych, a niejako na marginesie tej rzeczywistości kryją się cisi, spokojni i promieniujący wszechogarniającą miłością filozofowie, otwarci na wszelkie możliwe duchowe opcje i dla wszystkich tolerancyjni. Ludzie żyjący w tych niekiedy skrajnych osobistych rzeczywistościach dogadują się z reprezentantami innych opcji z trudem lub wcale (natchniony filozof o starej duszy porozumie się z każdym, nawet z prymitywem, natomiast prymityw znajdzie wspólny język tylko z drugim takim samym jak on dzikusem).

Mapy świadomości pomagają zrozumieć, dlaczego na naszej planecie tak źle się dzieje. Przyczyną tego jest fakt, że obecnie ilościowo dominują dusze z poziomu I - III, których świadomość jest uśpiona i słabo rozwinięta, nic więc dziwnego, że nie widzą one innego sposobu załatwiania „porachunków” z obcymi im poglądami niż poprzez awantury, radykalne i bezwzględne działania, a nawet wojny. To z tego powodu przelewana jest krew i tak mało jest wzajemnego zrozumienia oraz gotowości do przyznania prawa do istnienia wszystkim opcjom, poza własną, która wydaje się być jedyną słuszną i najmądrzejszą. Gdy zrozumiemy jak funkcjonują ludzie na różnych poziomach łatwiej nam będzie lawirować wśród przeróżnych, nawet najdziwniejszych filozofii i poglądów.

Mapy uświadamiają nam, dlaczego zdecydowana większość ludzi to jednostki całkowicie niereformowalne, wręcz „zabetonowane” w swoim światopoglądzie, a to z kolei może nam pomóc uniknąć wielu niepotrzebnych konfliktów i jałowych dyskusji. Największym problemem jest to, że człowiek nie jest w stanie zrozumieć kogoś, kto znajduje się na wyższym poziomie, niż jego własny. Jesteśmy w stanie oceniać innych tylko patrząc „w dół”, co pozwala nam zauważać „głupotę” i niedoskonałości tych, którzy w swoim rozwoju nie nadążają za nami, natomiast z powodu trwania w błędnym przeświadczeniu o własnej wyższości intelektualno-duchowej nad resztą świata nie jesteśmy w stanie rozpoznać tych, którzy górują pod tym względem nad nami. Każdy żyje w złudzeniu, iż osiągnął najwyższe szczyty mądrości, w przeciwieństwie do reszty ludzkości, żyjącej w błędzie i ignorancji. Wyjątkiem od tej reguły są ci, którzy znają prawa rozwoju duchowego oraz mapy świadomości i „na rozum” zdają sobie sprawę z tego, że wcale tacy doskonali, mądrzy ani oświeceni nie są.

Mapy świadomości dzielą ludzi na siedem kategorii, które możemy sobie wyobrazić jako klasy w 7-klasowej szkole, w której edukacja zaczyna się od urodzenia (I klasa, czyli „wyjście ze zwierzęcości”) i trwa do śmierci (klasa VII, po której dusza nie musi już powracać na Ziemię). Co ważne – „edukacja” w każdej klasie wymaga więcej niż jednego (a nawet wręcz setek) wcieleń. Nie ma tu żadnych limitów czasowych, każdy „przerabia” ten materiał we własnym tempie. Co więcej, każdy może zaliczyć jakiś przedmiot bardzo szybko, a z innym męczyć się długo i nieefektywnie. Można też przejść do kolejnej klasy mając do zaliczenia jedną lub kilka „poprawek” z poprzedniej.

Przejścia pomiędzy kolejnymi etapami rozwoju nie zachodzą skokowo, lecz płynnie i na swoich granicach przenikają się wzajemnie.
Przed każdym etapem dochodzi do kryzysu tożsamości, kiedy człowiek zaczyna negować wyznawany do tej pory system wartości. Aby móc przejść na wyższy poziom, poprzedni musi zostać zdemontowany jako już nieprzydatny, a następnie następuje ugruntowanie na nowym, co wymaga czasu. Zdarza się, że ludzie cofają się do wcześniejszych etapów, gdyż jeszcze nie są gotowi na prawdziwe i trwałe zmiany. Nierzadko najbliższe otoczenie (rodzina oraz Kościół, do którego należą) uniemożliwia im ten skok, blokując ich postępy jako niezrozumiałe, ekscentryczne lub wręcz inspirowane przez szatana. Takie przełomy są trudnym doświadczeniem, a mogą być nawet niebezpieczne, zarówno dla doświadczającego ich, jak i dla jego otoczenia. Możliwe są tu nerwice, kryzysy tożsamości, a nawet poważniejsze zaburzenia psychiczne.

Młode dusze wciąż mają instynkt stadny, co skłania je do przynależności do grup o ortodoksyjnym światopoglądzie, takich jak religie i partie polityczne, na których czele stoi autorytarny „wódz” lub inny autorytet. Są one bardzo silnie zainteresowane pieniędzmi, karierą, sukcesami i sławą, podczas gdy starych dusz to nie interesuje. Jeśli osiągają sławę to nie z powodu zabiegania o nią, lecz dzięki miłości ich uczniów i wielbicieli ich mądrości.

Dawniej na naszej planecie dominowały ilościowo dusze młode (I i II stopień), co przejawiało się pod postacią niehumanitarnych, wręcz okrutnych systemów religijnych i społecznych. Religia była fanatyczna i pełna okrucieństwa, za „grzech” można było stracić życie, podobne kary były wymierzane za różnego rodzaju przestępstwa: za kradzież odcinano rękę, za cudzołóstwo i morderstwo zabijano i wcale nie było ważne dowiedzenie oskarżonemu winy. Wystarczyło, że ktoś na niego doniósł lub że widziano go w pobliżu miejsca zbrodni, by został uznany za winnego i zabity. Egzekucje były widowiskiem, na które ściągały całe rodziny wraz z małymi dziećmi. Dziś również można spotkać amatorów takich „rozrywek”, ponieważ ludzi I etapu wciąż jest dużo i są oni niezwykle żądni władzy.

Obecnie dominację przejmują dusze II i III etapu. Religię zastąpiła nauka, która pod wieloma względami przypomina swą poprzedniczkę: jej świątyniami są uczelnie i laboratoria badawcze, jej najbardziej czczonymi świętymi są Darwin i Einstein, a wielu wyznawców tej religii z inkwizytorskim zapałem i żądzą mordu w oczach tropi heretyków, wierzących w kreacjonizm, płaską ziemię, astrologię i Boga. Na szczęście część władzy przejęli bardziej światli przedstawiciele III etapu, dzięki czemu mamy (a przynajmniej próbujemy wprowadzać, niestety z różnym skutkiem) regulacje społeczne i socjalne, sprawiedliwe prawo bez kary śmierci, humanitarną medycynę dostępną dla każdego, edukację dla wszystkich obywateli, równość wobec prawa i demokrację, która, co oczywiste, jest bez sensu, ponieważ zakłada, że większość ma rację. Wiedząc o tym, że tę (zdecydowaną!) większość stanowią ludzie z II i III stopnia rozwoju, nie powinniśmy się dziwić temu, kto rządzi światem.

Część II: Ośrodek I

wtorek, 25 listopad 2008

Antymagiczne okulary czyli końskie klapki na oczach (i rozumie)

Czytelnicy tego bloga poszukują magicznych okularów, które pozwoliłyby im zobaczyć niezafałszowaną rzeczywistość, odartą ze wszystkich „nakładek” stosowanych przez Matrix, a tymczasem tak zwana reszta świata żyje sobie po staremu nie tylko nie mając o Matrix zielonego pojęcia, ale nie zdając sobie sprawy z tego, że do ich nosów są przyrośnięte zupełnie inne, antymagiczne okulary, które przepuszczają tylko wąskie spektrum rzeczywistości i odfiltrowują całą resztę.

Po latach patrzenia na ten świat przytomnym wzrokiem nabiera się takiej wprawy w usuwaniu filtrów, że staje się to zupełnie automatyczne. Spotkanie z „normalnie” myślącym (hmmmm, czy aby na pewno MYŚLĄCYM?) przedstawicielem „normalnej” ludzkości może wtedy być szokiem. Taki incydent zdarzył mi się w sobotę i w pierwszej chwili tak mnie zaskoczył, że wprost nie byłam w stanie zrozumieć, co się dzieje. Dopiero po dłuższej chwili dotarło do mnie, jak daleko odeszłam od „normalności” i typowego pojmowania otaczającego mnie świata.

Po ponad 1000 latach rządów Kościoła i jego walki z wszelkim relatywizmem ludzie przestali dostrzegać względność wszystkich zjawisk, ostrą granicą oddzielając dobro od zła, a nawet światłość od ciemności. Pod wpływem materialistycznej nauki nauczyli się natomiast wszystko klasyfikować, szufladkować i etykietkować.

Kiedy w całej Europie obowiązywała jedna religia, było oczywiste, że wszyscy są katolikami. Nawet jeśli komuś wewnętrznie to nie odpowiadało i tak musiał być wyznawcą tej religii, bo za odstępstwo od niej groził stos. Kiedy w końcu stosy zgasły, chrześcijaństwo rozpadło się na wiele odłamów i sekt. Każda po swojemu interpretuje Pismo i każda czego innego oczekuje od swoich wyznawców. W końcu doszło do tego, że w Europie pojawiły się i zadomowiły różne inne religie.

Tak więc okazało się, że ludzie nie mogą się obyć bez jednoznacznie określających ich etykietek. Ten jest katolikiem, tamten kalwinistą, inny Świadkiem Jehowy, a jeszcze kolejny buddystą lub ateistą.

A co ma zrobić osoba, która przebudziła się z religijnych, światopoglądowych czy dowolnych innych iluzji i przestała pasować do wszelkich szufladek? Wydawałoby się – po prostu poodklejać wszystkie etykietki i cieszyć się wolnością.

Wydawałoby się...

W praktyce okazuje się, że nie jest to takie proste.

W moim credo napisałam wyraźnie, jednoznacznie i łopatologicznie, że nie należę do żadnego stada i że nie wyznaję żadnej religii, ale nauczona doświadczeniem natychmiast zaznaczyłam, że to bynajmniej nie oznacza, że jestem ateistką. Ja po prostu nic nie jestem, bo nie podpisałam żadnego „kwitu” przypisującego mnie do dowolnego światopoglądu. Jestem wolna, więc mam prawo podążać dowolną ścieżką bez narażania się na krzyki ortodoksów, zarzucających mi zdradę: religii, guru, mistrza, Boga, bóstwa, racjonalizmu czy dowolnej Szkoły Robienia Czegokolwiek Według Jedynych Właściwych Standardów.

Nie głoszę cudzych nauk ani nie reprezentuję Mistrzów czy szkół i nie trzymam się niczego, co mogłoby mnie w jakikolwiek sposób ograniczać. Nikt nie ma władzy nade mną, więc nikt nie może mi zakazać czytania, studiowania czy interesowania się czymkolwiek. I jest mi z tym fajnie.

Ale okazało się, że innym jest niefajnie. Inni są tak przyzwyczajeni do szufladkowania, że jeśli kogoś nie mogą przypasować do żadnej ze swoich szufladek (a zwłaszcza do tej, w której sami siedzą) wpadają w panikę lub doznają rozstroju nerwowego.

Co jakiś czas piszą do mnie oburzeni katolicy, nie mogący pojąć, jak można pisać cokolwiek, co jest choćby tylko trochę niezgodne z OFICJALNYM nauczaniem Kościoła. Grożą mi za moje herezje piekłem i wiecznym potępieniem.

Zdarzają się też pełne oburzenia maile od ortodoksów światopoglądu materialistycznego, zarzucających mi propagowanie zabobonów i rzeczy niewybaczalnej – poglądów niezgodnych z OFICJALNĄ nauką. Ci piekła nie uznają, więc jedyne, co mogą zrobić, to wykrzyczeć, że przeze mnie ręce im opadają. Wielkie mi rzeczy! Przecież jak opadną, można je znowu unieść, od tego się nie umiera.

No i w sobotę objawił mi się agnostyk. Nawracali mnie już chyba wszyscy, ale nie agnostyk.

Orzekł, że skoro opis mojej filozofii w jakimś jego fragmencie pasuje do opisu agnostycyzmu, to znaczy, że jestem agnostyczką. Koniec. Kropka. A skoro tak, to muszę być ortodoksyjnie wierna agnostycyzmowi, co oznacza, że nie wolno mi flirtować z ateizmem (cytując słowa Dawkinsa o złośliwym Jahwe), z niuejdżem (czyli uwaga, uwaga: astrologią, ezoteryką i buddyzmem, czyli jak to ujął rzeczami „modnymi” i „marketingowymi”) ani z czanelingami.

Czyniąc te rzeczy przestaję być według niego wierna sobie (a raczej szyldowi, który sam mi przybił, nie pytając mnie o zgodę).

Napisałam, że moja wierność sobie polega na tym, że daję sobie pełną wolność robienia wszystkiego, na co tylko mam ochotę. Ale jego to oburzyło do tego stopnia, że zaczął na mnie wrzeszczeć. No bo skoro on na jakimś forum zacytował moje słowa jako przykład światopoglądu agnostycznego, to muszę teraz robić za wzorzec agnostycyzmu.

Pewnie. A najlepiej to dać się wstawić do gabloty muzeum w Sevres pod Paryżem.

A ja naiwnie sądziłam, że jak umieszczę opis swojej osoby z boku bloga, to wszyscy to przeczytają i wezmą sobie do serca...

wtorek, 7 październik 2008

Magiczne okulary i projekcja winy

Staram się w tym blogu skłaniać do samodzielnego myślenia i wyciągania wniosków z uważnej i czujnej obserwacji otaczającej nas dziwnej i pełnej niejednoznaczności rzeczywistości. Żyjemy w świecie, który jest jedną wielką iluzją, jednak nie potrafimy tego dostrzec, ponieważ wmówiono nam, że to, co nas otacza jest jak najbardziej realne i prawdziwe. Żeby nie błądzić, należy przede wszystkim uświadomić sobie dualizm (polarność) rzeczywistości.

Pisałam nie raz i nie dwa, że w tym dziwnym świecie nic nie jest jednoznaczne. Świat nie jest czarno-biały, dobra od zła oraz prawdy od kłamstwa nie oddziela wyraźna granica, tak jak żadna granica nie oddziela dnia od nocy czy gorąca od zimna. Co gorsze, prawie niemożliwe jest odróżnienie prawdy od kłamstwa. W większość wyznawanych przez nas „prawd” po prostu wierzymy, ulegając różnego rodzaju autorytetom: religijnym, naukowym, politycznym czy innym, tylko dlatego, że te prawdy wbijane są nam do głów od pierwszych chwil życia.

Po notce o magicznych okularach rozpętała się dyskusja, czy możliwe jest, żeby ktokolwiek inny, poza nami samymi, mógł ponosić winę za to, że nasz świat wygląda tak kiepsko. Czy mamy prawo szukać winnych gdzieś za zewnątrz, czy raczej powinniśmy uderzyć się w piersi i zrobić z tym wreszcie porządek? Czy prawdą jest, że ktoś (kto?) zrobił nam, jako ludzkości, jakąś straszną krzywdę i czy w związku z tym jesteśmy ofiarami losu, spisku kosmitów, cyborgów, żywych trupów, masonerii i cyklistów, a może przeciwnie, sami jesteśmy sobie winni i to my, ludzie, sami zgotowaliśmy sobie i innym taki los.

Z mojego punktu widzenia prawda, jak zawsze, leży pośrodku. Wiele wskazuje na to, że wbrew zapewnieniom oświeconej pani nauki istnieją jacyś kosmici, cyborgi i żywe trupy, lub, jak kto woli, portale organiczne i że wszyscy oni są żądni manipulowania nami, w sobie tylko wiadomym celu. Wygląda na to, że rzeczywiście istnieje, a przynajmniej tworzy się spisek elit, dążących do zaprowadzenia New World Order i że obecnie możemy obserwować jego działania, objawiające się np. w gospodarce. Kiedy patrzę na to, co dzieje się ze światowymi finansami nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś świetnie się bawi, pociągając za sznurki i wywołując huśtawkę na giełdzie. Wszystko wskazuje również na to, że coraz bardziej zbliżamy się do urzeczywistnienia wizji znanych dotąd z powieści i filmów sf, mówiących o totalnej kontroli, jaką władza będzie sprawować nad każdym bez wyjątku obywatelem.

Wszystko to, o czym pisałam wyżej jest, ale jednocześnie tego nie ma. Przynajmniej na razie. Czy się to ostatecznie zrealizuje zależy tylko od nas i od naszego przyzwolenia. Jeśli się na to zgodzimy, jeśli będziemy uśpieni i bierni, jak te baranki, wtedy nasz los może być marny. Ale znam historię, a to nie pozwala mi wierzyć w ludzką zdolność do przeciwstawiania się zagrożeniom. Ludzie budzą się i działają dopiero wtedy, gdy sytuacja staje się niemożliwa do zniesienia.

W naszej osobistej rzeczywistości tak naprawdę istnieje tylko to, w co wierzymy i nic ponadto. Nie ma podstaw sądzić, że psychomanipulacja i ogłupianie, nawet niezwykle intensywne i wszechobecne, musi mieć jakikolwiek realny wpływ na osobę naprawdę świadomą i przebudzoną. Skoro udało się nam wyzwolić zarówno z religijnej jak i z ateistycznej iluzji, to znaczy, że jesteśmy na dobrej drodze i że umiemy samodzielnie myśleć oraz korzystać z daru wolnej woli.

Przebudzone i świadome są tylko pojedyncze jednostki, natomiast ludzie w swojej masie nie mają pojęcia w jakim świecie żyją i dopóki się tego nie dowiedzą, będą manipulowani, wykorzystywani i skazywani na zagładę. Ich wybór. Lub przeciwnie, brak wyboru. Możliwe, że ci ludzie po prostu nie osiągnęli jeszcze takiego stopnia świadomości, który by ich wyzwolił, muszą więc tak żyć, bo nie mogą inaczej. Dopóki wierzą w choroby, politykę, religię, wojny, materialny prestiż i wyścig szczurów, dopóty są ofiarami Systemu.

I tu pojawia się pytanie: czy ludzie mogli to sobie zrobić sami? Nie wydaje mi się. Jak dla mnie ktoś tu coś zepsuł i zrobił to w skali kosmicznej. Co więcej, ten ktoś zdaje się pilnować, żeby ludzie nie poznali prawdy, bo gdyby ją poznali, to by zdobyli się na to, żeby tę rzeczywistość rozmontować. Dlatego wciąż usilnie lansuje się ogłupiającą religię z jednej i prymitywny, materialistyczny racjonalizm z drugiej strony oraz coraz intensywniej podsyca się fanatyzm wyznawców każdej z tych opcji. Do ogłupiania używa się nie tylko tych dwóch, wypróbowanych i niezawodnych narzędzi. Ogłupianie odbywa się non stop, przez całą dobę i jest przez większość nie zauważane (oj, przydałyby się magiczne okulary).

Faktem jest, że istnieją na tym świecie ludzie, którzy są ofiarami i nigdy się z tego nie wyzwolą. Ci, którzy urodzili się w slumsach na obrzeżach wielkich miast gdzieś w Brazylii czy Afryce, z całą pewnością nie mają żadnych szans. Nie mają ich, bo brak im nie tylko świadomości, ale nawet najbardziej podstawowego wykształcenia. Oni nigdy nie dowiedzą się dlaczego tak żyją, a nawet nie zdołają zdobyć pracy na tyle dobrej, żeby pozwoliła im na godne życie.

My, jeśli jesteśmy ofiarami, to tylko na własne życzenie. Bo nie chcemy zrozumieć lub jesteśmy nieuważni. Ale my najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaki jest poziom świadomości reszty ludzkości. Bo my po prostu nie mamy z tym styczności, obracając się wśród innych, bardziej świadomych ludzi.

Życie daje nam wyłącznie to, czego się spodziewamy. Każda nasza myśl jest modlitwą, a modlitwy, w które się wierzy zawsze się realizują. Popatrz wokół – czyż to, co masz, nie jest dokładnie tym, czego się od życia spodziewałeś?

Dlaczego kosmici się nie ujawniają?

niedziela, 28 wrzesień 2008

Magiczne okulary



(Z filmu "They Live" Johna Carpentera)

czwartek, 25 wrzesień 2008

Relatywizm

Ezoteryka to jeden wielki, totalny relatywizm. Nie może być ezoterykiem ktoś, kto nie rozumie, że wszystko na tym świecie jest względne i niejednoznaczne. Ezoteryka jest przeciwieństwem totalitaryzmu, który żąda kategorycznego opowiedzenia się po jednej stronie, i przeciwko stronie przeciwnej. Totalitaryzm rozcina świat na dwie, przeciwstawne połowy i wierzy, że rzeczywistość jest czarno-biała.

Katolik musi deklarować swoje zdecydowane poparcie dla dobra i wrogość dla zła. Dobro jest w jego oczach wyłącznie dobre, a zło jest wyłącznie złe.

Ateista widzi wyłącznie jasną i godną rozpropagowania w świecie stronę ateizmu i wyłącznie ciemną, rozświetloną jedynie blaskiem stosów stronę chrześcijaństwa, a chrześcijanin przeciwnie, uważa swoją religię za uosobienie najwyższego dobra, w ateizmie zaś dopatruje się wyłącznie zła.

Ateista zwalcza ideę boga, a katolik ją propaguje, nic więc dziwnego, że panuje między nimi wrogość. Jeśli zdarzy im się spotkać, każdy z nich zrobi wszystko, co w jego mocy, żeby przekonać tego drugiego do swoich racji i przeciągnąć go na swoją stronę barykady (i niekiedy mu się to udaje). Ale nawet jeśli nie to jest celem, to każde takie spotkanie daje obu stronom okazję do zademonstrowania przeciwnikowi swojej nieprzejednanej wiary w wyznawane wartości i do wykazania się niezłomną siłą swoich przekonań.

To oczywiście niezawodnie prowadzi do wojen. Nic więc dziwnego, że na tym świecie krew leje się strumieniami. I wszystko to w imię wartości najwyższych, z hasłami miłości z jednej, a rozumu z przeciwnej strony.

Ładna mi miłość i ładny mi rozum... Dziękuję zarówno za takie „wartości duchowe” jak i „humanistyczne oświecenie”.

Pozostaję więc wierna swojej pełnej relatywizmu postawie za, a nawet przeciw. Dziękuję za religię i dziękuję za ateizm. Postoję w środku i popatrzę bez emocji, jak obie strony urywają sobie głowy. Skoro to lubią, to ja to szanuję. Każdy ma prawo zrobić ze swoim życiem, co tylko mu się podoba. I nic mi do tego, dopóki nie próbuje zmusić mnie siłą do wyznawania obcego mi systemu wartości. Przerabiałam w swoim życiu zarówno jedno, jak i drugie i mam serdecznie dosyć obu.

piątek, 19 wrzesień 2008

Doug and Dave, dwaj emeryci z deską i sznurkiem, c.d.

Z lekkim opóźnieniem, ale lepiej późno, niż wcale: interesująca wiadomość z FoxNews.

O dwóch emerytach z deską i sznurkiem, rzekomo produkujących kręgi w zbożu pisałam tutaj, a teraz okazało się, że to jednak nie oni... cóż za przerażająca wiadomość! Skoro to nie zwyczajni ziemscy emeryci, to któż na Boga?!



Co o tym sądzicie? Komentarze bardzo miło widziane :)

Przeczytajcie też Zmierzch ufologii

wtorek, 9 wrzesień 2008

Ciąg dalszy błogosławieństw, jakie niesie nam GMO

Zwolennicy GMO obiecują nam cudowny świat, w którym pozbawione wad rośliny transgeniczne rosną w nieskażonym raju, nietkniętym jakąkolwiek szkodliwą chemią, taką jak nawozy sztuczne, środki owadobójcze i herbicydy, a radośni ludzie rozkwitają w zdrowiu, dobrobycie i rodzinach pełnych miłości. Cuda Monsanto całą dobę pracują dla naszego szczęścia...

GMO miało też uratować nas przed plagą chwastów, chorób i szkodników, atakujących rośliny, dzięki czemu opryskiwanie upraw miało przejść do historii. Cóż za oszczędność czasu, pracy i pieniędzy!

Jaka cudowna wizja, prawda?

A teraz wróćmy z chmur na ziemię i popatrzmy, co dzieje się naprawdę:

Czy osławiona Soja Gotowa na Roundap rzeczywiście nie wymaga stosowania żadnej chemii?

Czy ten tak wychwalany Roundap nie jest przypadkiem chemicznym herbicydem? Hmmm... no cóż, jest... A przecież zapewniano nas, że nie będzie żadnych herbicydów, nieprawdaż?

Kolejne pytanie: czy ten herbicyd nie jest przypadkiem wyjątkowo toksyczny? Czy ta cała heca z GMO nie jest czystą hipokryzją i robieniem ludziom wody z mózgu?


Wygląda na to, że ktoś liczy na bezmyślność baranów, dających się oślepić reklamową propagandą. Zahipnotyzowani cudem genetycznego sukcesu mamy nie zauważyć, że problemu pozbyliśmy się tylko na pozór, zupełnie jak w sztuczce magika cyrkowego, Jamesa Randiego, mistrza w oszukiwaniu naszych zmysłów.

Cały ten cud GMO to wyłącznie bajki dla nienawykłych do samodzielnego myślenia naiwniaków. Mądrale z Monsanto mogą wszczepić roślinie gen odporności na Roundap, dzięki czemu zniknie problem chwastów, ale nie zniknie problem toksyczności Roundapu. Nawet wręcz przeciwnie, ten problem dopiero dzięki temu zaistnieje.

Genetycy wszczepiający roślinie dowolny gen nie są w stanie przewidzieć, jakie będą skutki uboczne tych działań, bo to wymaga wieloletnich badań. Szkodnik być może ucieknie gdzie indziej, ale zmiana w genach może się zemścić w nieprzewidziany sposób. Natura nie lubi manipulacji „uczniów czarnoksiężnika”, którzy nie wiedzą, co robią i broni się przed tym, o czym mówią wszyscy uczciwi genetycy.

Jeśli uzyskuje się jeden pożądany efekt, bardzo często ceną za to jest utrata innej, cennej cechy.

Na przykład dzięki majstrowaniu w genach wyhodowano ogromne frezje. Cóż z tego, skoro w ogóle nie pachną? Frezje są moimi ulubionymi kwiatami, nie tylko ze względu na wygląd, ale przede wszystkim ze względu na cudowny zapach. Nie chciałabym też dostać bukietu moich ukochanych narcyzów, wielkich jak słoneczniki, ale pozbawionych zapachu. Kwiaty powinny pachnieć! Jeśli nie pachną, równie dobrze można je zastąpić sztucznymi. Przynajmniej nie zwiędną...

Film „Świat według Monsanto” pokazuje inny przykład nieprzewidzianych konsekwencji „majstrowania” w genach. Bawełna BT pod nazwą Bollgard miała być odporna na szkodniki i nie wymagać pryskania. Tymczasem okazało się, że to właśnie tę bawełnę atakuje szkodnik, powodujący oddzielanie się kory od łodygi. Specjaliści od upraw bawełny mówią, że wcześniej czegoś takiego nie widzieli, a co gorsze, okazuje się, że szkodnik ten zaczął atakować również bawełnę tradycyjną, czego wcześniej nie robił.

Niepostrzeżenie Monsanto przejęło już praktycznie cały rynek bawełny w Indiach, co spowodowało, że nigdzie, w całym kraju, nie można kupić tradycyjnych nasion. Perfidia polega na tym, że modyfikowane nasiona są czterokrotnie droższe! To doprowadza do masowych bankructw, szczególnie małych gospodarstw. Żeby móc je kupić, rolnicy zaciągają kredyty, po czym okazuje się, że ceny bawełny drastycznie spadły i nie ma gdzie jej sprzedać. To z kolei powoduje istną epidemię samobójstw młodych mężczyzn.

Stara prawda głosi, że im gorzej, tym lepiej. Im większe spustoszenie czyni „błogosławieństwo” GMO, tym bardziej wzrasta świadomość ludzi, że zostali oszukani. Na fali niezadowolenia społecznego powstała pozarządowa organizacją, która postawiła sobie za cel walkę z firmą Monsanto i jej monopolem.

Psychopatyczni „racjonalistyczni” propagatorzy nowoczesności reprezentowanej przez GMO oraz cyniczni biznesmeni żądni krociowych zysków z inwestycji w akcje Monsanto zapewniali nas ze wzbudzającą spokój pewnością siebie, że wszystko zostało bardzo dokładnie przebadane i że nic nieprzewidzianego nie może się zdarzyć. Wykluczyli również możliwość krzyżowania się transgenicznych roślin z normalnymi. Zapewniali nas, że wszystkie artykuły mówiące źle o GMO są pisane przez ignorantów i nieuków, którzy celowo sieją panikę, a co najistotniejsze: wykazują się rażącą nieznajomością tematu. Czytałam wiele artykułów, między innymi na blogach wyznawców nauki, takich jak choćby „Modne bzdury” czy kolaborujący z „Polityką” „Nie do wiary”, w których z naukową precyzją „demaskowano” rzekome matactwa wrogów GMO. Czytając to, ktoś nawykły do bezrefleksyjnego posłuszeństwa autorytetom (w tym przypadku naukowym) nawet nie dopuściłby myśli, że jest cyniczne manipulowany. Te teksty były naprawdę po mistrzowsku napisane i nafaszerowane całym mnóstwem fachowych sformułowań, robiących wrażenie rzetelnej nauki. Ku przestrodze podawano w nich konkretne nazwiska „mącicieli” i „wsteczników” hamujących postęp cywilizacyjny. Tak dokładnie poinstruowani od razu wiedzieliśmy, komu pod żadnym pozorem nie powinniśmy dawać wiary, bo cokolwiek napisze, to wszystko kłamstwa i zabobony.

Czyżby?

Minęło ponad 10 lat i z perspektywy czasu zaczęło się stawać jasne, że (o zgrozo!) rację mieli jednak GMO-sceptycy. Dowodem na to jest awantura z meksykańską kukurydzą.

Kukurydzę tę uprawiano tam od 10 tysięcy lat, czyli na długo sprzed konkwistą. Istnieje wiele jej naturalnych odmian, które znakomicie rosną zupełnie bez nawozów i oprysków. Jak powiedział przedstawiciel pierwotnego ludu Oaxaca, obecnie trwa nowa konkwista (podbój): firmy Monsanto. Rząd Meksyku przezornie zakazał kukurydzy GMO wstępu do swojego kraju, chcąc chronić swój skarb narodowy przed zniszczeniem. Niestety, nie udało się, z co najmniej dwóch powodów: po pierwsze pyłek nie zna granic i przedostał się do Meksyku wraz z wiatrem, a poza tym Monsanto dumpingowo obniżyło ceny na swoje nasiona, tak że stały się bezkonkurencyjne na rynku. Lokalna teoria spiskowa głosi, że transgeniczne nasiona celowo rozsypywane są przy drogach, żeby wykiełkowały i skaziły tradycyjne uprawy. Wyrastająca między tradycyjnym roślinami kukurydza-mutant wygląda przerażająco: jest zdeformowana i wydaje 3 kolby z jednego liścia, zamiast jednej. Ma to tę zaletę, że pozwala szybko rozpoznać intruza i rozpocząć z nim walkę. Rolnicy doskonale rozumieją zagrożenia i bardzo się obawiają zależności od Monsanto, więc nie trzeba ich długo przekonywać, żeby działali. To „samoistne” skażenie przynosi oczywiste korzyści firmie Monsanto.

Profesor z Berkeley, Ignacio Chapela, który ośmielił się opublikować w „Nature” wyniki swoich badań nad meksykańską kukurydzą został oczywiście natychmiast wylany z uczelni.
Przyczyniły się do tego pełne oburzenia głosy „zwykłych obywateli”, wysyłających na forum pisma „Nature” prywatne maile. Jednak po wklejeniu numeru IP szczególnie aktywnych „zwykłych obywateli” okazało się, że jeden mail był wysłany z siedziby Monsanto, a drugi z firmy PR, świadczącej usługi firmie Monsanto. Intryganci byli tak leniwi, że nawet nie chciało im się ruszyć ze służbowego stołka czterech liter i udać się do kafejki internetowej...

Transgeniczne rośliny przedostają się do różnych krajów w bliżej nieznany sposób. Po prostu się tam pojawiają, stawiając władze wobec faktów dokonanych, jak to miało miejsce w Brazylii i Paragwaju i zmuszając je do zalegalizowania już istniejącego stanu. Za sprawą nowych przepisów Gotowa na Roundap soja zalewa całą Brazylię, wyrugowując z pól drobnych rolników, dawniej uprawiających w swoich ogródkach wszystko, czego potrzebowała rodzina, by się wyżywić. Lokalni działacze ekologiczni nazywają to, co się dzieje „zieloną pustynią”.

Przypomnę po raz kolejny: GMO miały uwolnić nas od konieczności stosowania wszelkiej niezdrowej rolniczej chemii. Prawda jest jednak skrajnie odmienna: transgeniczne uprawy atakowane są przez choroby znacznie częściej niż rośliny tradycyjne, a co najgorsze: niezbędny do uprawy soi Roundap jest substancją silnie toksyczną. W Południowej Ameryce opryskuje się nim kilkakrotnie w roku całe wsie, skutkiem czego dzieci chorują, a drób masowo pada. Jak opowiada jeden z rolników: kaczki weszły kilka kroków w pole i padły martwe. Kaczki narażone są szczególnie, ponieważ pływają w stawie, do którego po każdym opadzie deszczu zmywany jest Roundap.

Aby móc czerpać jak największe zyski, zagraniczni inwestorzy wykupują ziemię od rolników tworząc ogromne, monokulturowe latyfundia, skutkiem czego w Paragwaju każdego roku 100 tys. osób musi opuścić swoje gospodarstwa rolne. Jedyną alternatywą jest dla nich konieczność przeprowadzki do slumsów.

To właśnie GMO jest przyczyną światowego głodu i wzrostu cen żywności. Film „Świat według Monsanto” został zrealizowany w 2004 roku.
Po kolejnych 4 latach jeszcze wyraźniej widać, do czego prowadzi działalność tej firmy. Otworzono puszkę Pandory i wypuszczono z niej straszliwe plagi. Czy uda się je powstrzymać? Wygląda na to, że do przetrwania tego eksperymentu potrzebujmy prawdziwego cudu. Pytanie tylko, kto jest w stanie go dokonać?

http://www.icppc.pl/
www.gmo.icppc.pl
www.eko-cel.pl

środa, 3 wrzesień 2008

Psychopaci są w trakcie przejmowania pełnej kontroli nad całą żywnością świata

Na koniec trzeba wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, która nam wydaje się interesująca. A mianowicie prawa patentowe. Żywność przez całe wieki należała do czegoś, co dziś nazwalibyśmy za językiem informatycznym "zasobami otwartymi". Inaczej mówiąc: kupiony na targu ziemniak wysadzony i rozmnożony staje się własnością rolnika. Możemy od niego ziemniaki kupić, może on je nam podarować - i nic nikomu do tego. Na tym, że żywność należy do zasobów otwartych, ludzkość oparła swój sukces. Tymczasem rośliny GMO w większości wypadków objęte są patentami należącymi do wielkich firm. Opatentowane są również metody uzyskiwania GMO. Zrozumiały jest interes, jaki mają w tym koncerny, które inwestują w badania nad GMO i chcą mieć z tego zyski. Ale czy wchodząc na ścieżkę patentowania dobra podstawowego i codziennego, jakim jest żywność, nie tracimy czegoś niezwykle ważnego? - (GMO jak obcy)
Tytuł notki brzmi jak science fiction, ale niestety, to nie fikcja. Nie raz pisałam na tym blogu, że naszym światem rządzą psychopaci i że jeśli nie pozbawimy ich władzy, nasz koniec może być marny.

Psychopaci stanowią zaledwie ok. 3 – 5% społeczeństwa, jednak sukces gwarantuje im zupełny brak sumienia oraz empatii. Są oni zainteresowani jedynie własnymi zyskami finansowymi, a żeby mieć do nich nieograniczony dostęp próbują przejąć pełną kontrolę nad polityką, bankami oraz żywnością. Gdyby im się to udało, mieliby cały świat w rękach i mogliby dyktować ludzkości swoje warunki. Najbardziej wstrząsającym przykładem firmy rządzonej przez psychopatów jest Monsanto, którą śmiało można nazwać uosobieniem Szatana we współczesnym świecie.

Na rzecz psychopatów pracują świadomie (lub nie) całe rzesze zaślepionych racjonalistycznym fanatyzmem „wyznawców” rzekomo zgodnego z nauką rozwoju. Ci wszyscy ludzie, którzy ostro forsują rozwój energetyki atomowej oraz wprowadzanie żywności modyfikowanej genetycznie pracują na rzecz nowego, psychopatycznego systemu totalitarnego.

Takie są przerażające fakty, które każdy może sam sprawdzić, nawet bez wychodzenia z domu. Wystarczy komputer, połączenie z Internetem i wyszukiwarka Google; oczywiście, pomocna będzie przynajmniej podstawowa znajomość języków obcych.

Komu nie chce się buszować po sieci, może zdać się na pracę, którą wykonała dla niego Marie-Monique Robin, reżyserka francusko-kanadyjskiego filmu „The World According To Monsanto” (Świat według Monsanto).

Marie-Monique Robin, jak sama mówi, przez 20 lat podróżowała po świecie i wszędzie słyszała o firmie Monsanto, ale nie zawsze były to rzeczy pozytywne. Żeby zrozumieć, o co chodzi przez kilka miesięcy szukała w sieci informacji, a następnie sprawdzała je w terenie, rozmawiając z ekspertami, politykami oraz osobami poszkodowanymi przez tego biotechnologicznego molocha. Dość powiedzieć, że 90% GMO (organizmów modyfikowanych genetycznie) na świecie należy do tej firmy, a więc jest to potężny monopolista.
Cuda obiecywane w reklamach uczyniły z Monsanto jedną z najbardziej kontrowersyjnych firm ery przemysłowej. Kilka haseł: plastiki, polistyreny, Agent Orange, aspartam, krowi hormon wzrostu, PCB...
Radzę pogogloować samodzielnie, wpisując te hasła oraz dodatkowo "gen terminator" do wyszukiwarki.

Pierwszy i najbardziej przerażający trop prowadzi do Aniston w Alabamie, gdzie przez lata działała fabryka „cudów” Monsanto. Niestety, rzekomy cud okazał się prawdziwym horrorem i obecnie miasteczko to oraz jego mieszkańcy kojarzą się z „Thrillerem” Michaela Jacksona. Film pokazuje sceny naprawdę przerażające...

Nie będę streszczać całego filmu, bo radzę obejrzeć go z całą, należytą uwagą i zastanowić się, jaki los czeka nas wszystkich, mieszkańców naszej małej, błękitnej planety, jeśli w porę nie przebudzimy się z zabójczej iluzji życia w bezpiecznym świecie, rządzonym przez mądrych polityków, pod kontrolą uczciwych uczonych. Przykład Aniston oraz opowieść o Agent Orange powinien wstrząsnąć każdą uśpioną owieczką...

W tym wpisie zajmę się wyłącznie problemem GMO.
Nie możemy stracić ani jednego dolara – odpowiedź firmy Monsanto na list mieszkańców o zabójczym skażeniu Aniston
W 1996 roku dopuszczono do uprawy modyfikowaną genetycznie soję (tzw. „Ready to Roundap”), czyli jej odmianę odporną na Roundap.

Czym jest ów tajemniczy Roundap?

Jest to bardzo silny herbicyd, zabijający wszystkie bez wyjątku rośliny, które zostaną nim spryskane. Cud miał polegać na tym, że przed wysiewem nasion wystarczy dwukrotnie, w odstępie 6-tygodniowym spryskać glebę tym „cudownym” środkiem, żeby na cały rok rozwiązać problem chwastów. Cóż za oszczędność: wysiewa się soję GMO i zupełnie nic się nie robi, tylko patrzy, jak rośnie na idealnie czystym polu. Marzenie każdego rolnika... Problem tylko w tym, że Roundap jest wyjątkowo toksyczną i nie podlegającą biodegradacji substancją.

Toksyczność Roundapu utajniono, żeby chronić rozwój GMO.

Dan Glickman, minister Billa Clintona w latach 1995-2000:
Zajmując stanowisko związane z regulacją biotechnologii, dość szybko odkryłem, że w całym agrobiznesie i w rządzie USA było takie poczucie, że jeśli nie idziesz naprzód w wydawaniu pozwoleń na biotechnologię, szybkich pozwoleń na uprawy GMO, to jesteś antynaukowy, przeciwny rozwojowi. Myślę, że w przemyśle rolniczym było wiele osób, które nie chciały aż tylu analiz, które powinniśmy byli zrobić, bo dokonali wielkich inwestycji w te produkty. Gdy ja byłem odpowiedzialny za rozporządzenia związane w rolnictwem, spotykałem się z licznymi naciskami, by nie drążyć tej sprawy za głęboko, że tak powiem. Nawet powiedziałbym, że gdy otwierałem usta w rządzie Clintona, obrywałem za to co nieco, i to nie tylko od przemysłu, ale też od niektórych osób w rządzie. Raz powiedziałem, że potrzebujemy bardziej przemyślanych przepisów w sprawie GMO... Ludzie odpowiedzialni za handel byli na mnie bardzo źli i pytali, jak ja, z rolnictwa, mogę kwestionować ich politykę.
Mówiąc wprost: w USA minister rolnictwa nie ma szans w starciu z korporacjami. Jak więc uregulowano kwestie GMO w Stanach? Najistotniejszą linię polityczną wytyczyły publikacje FDA, Urzędu do Spraw Żywności i Leków, który odpowiada za prawne regulacje bezpieczeństwa leków i żywności.

Dokument pt. „Żywność pochodząca z nowych odmian roślin” z dnia 29 maja 1992 roku stwierdza:
Żywność pochodząca z modyfikacji genetycznych, normowana jest w obrębie istniejącej struktury dotyczącej żywności pochodzącej z upraw naturalnych.
Jakie to proste! Wystarczy urzędowo zapisać, że żywność GMO niczym nie różni się od konwencjonalnej, więc nie ma potrzeby tworzenia dla niej specjalnych przepisów ani inicjowania badań naukowych i mamy wszystkie problemy z głowy.

W tym miejscu filmu mowa jest o krowim hormonie wzrostu, rBGH, czyli transgenicznym hormonie, wstrzykiwanym krowom, zwiększającym produkcję mleka o 20%. Monsanto rozpoczęła jego sprzedaż hodowcom w 1994 roku pod nazwą „Prosilac”. Reklama telewizyjna:
„Prosilac” jest najlepiej przetestowanym produktem w historii. Szybko zauważycie pozytywne rezultaty, jakie da wam „Prosilac”.
Tutaj odsyłam czytelników do bardzo fajnie napisanej książki „Szalony kowboj”, której VI rozdział mówi właśnie o owym cudownym hormonie:
Jego producent, firma Monsanto, postanowiła nie nazywać tego produktu hormonem wzrostu (wiedząc, że większość konsumentów nie życzy sobie syntetycznych hormonów w mleku), lecz somatotropiną wołową, będąc świadomą, że większość konsumentów nie będzie znała znaczenia tego terminu. Somatotropina jest hormonem wzrostu i z pewnością zostanie ona hormonem wzrostu, bez względu na to jak dużo wielosylabowych synonimów użyje się do jej nazwania.
(...)
Od czasu wynalezienia rBGH toczy się debata, czy hormon ten stwarza ryzyko dla zdrowia konsumentów, czy też nie. Jednak nie podlega dyskusji jeden oczywisty fakt, który sprawia, że debata ta wydaje się być nieco absurdalna: w Stanach mamy ogromną nadwyżkę mleka. Dajemy subsydia farmerom, by zabezpieczyć istniejące nadwyżki mleka przed znaczną obniżką ceny, która spowodowałaby ich bankructwo. Ostatnią rzeczą, jakiej w tym biznesie potrzebujemy jest preparat, który zwiększa długoterminowy problem nadprodukcji mleka. Po zainwestowaniu setek milionów dolarów w produkcję i rozwój tego nonsensownego preparatu, firma Monsanto naturalnie zaczęła walczyć o jego akceptację i możliwość stosowania, najwidoczniej pomijając konsekwencje zdrowotne dla krów lub ludzi, bądź też konsekwencje ekonomiczne dla farmerów. Firma ta działa w taki sposób, jakby wyświadczała ludzkości jakieś wielkie dobrodziejstwo, w rzeczywistości nie mając nic dobrego do zaoferowania.
Wróćmy jednak do problemu GMO...

Arpad Pustai, światowej sławy naukowiec stracił posadę, gdy w 1998 roku ostrzegł przed żywnością GMO.

Jedziemy do Aberdeen w Szkocji. Arpad Pustai pracował w tamtejszym Instytucie Rowett. Na zlecenie ministra rolnictwa przeprowadzał badania modyfikowanych ziemniaków dysponując budżetem ponad 2 mln. ero. Z trzydziestoosobowym zespołem badaczy przygotowywali Wielką Brytanię na przyjęcie GMO.

Arpad Pustai: - Byliśmy wszyscy nastawieni entuzjastycznie. Ministerstwo myślało, że jeśli przeprowadzimy testy, badając wszystkie możliwe aspekty, to będzie stanowić dobre wsparcie dla GMO. I gdy je przedstawili, powiedzieli, że najlepsze laboratorium w Europie, Laboratorium Żywności sprawdziło i je i stwierdziło, że są w porządku.

Arpad Pustai specjalizuje się w lektynach. Proteiny te funkcjonują jako środki owadobójcze chroniące rośliny przed mszycami. Naukowcy w Rowett stworzyli ziemniaka odpornego na mszyce, któremu wszczepili gen, który wytwarza lektyny. Przed tym ustalili, że w postaci naturalnej same lektyny nie stanowią zagrożenia dla zdrowia. Genetycznie zmodyfikowane ziemniaki testowano na szczurach.

Arpad Pustai: - Miały dwojaki efekt: po pierwsze powodowały rozrost jelit, a to nie za dobrze, bo jest potencjalnie – nie twierdzę, że jest rakotwórcze – ale może sprzyjać rozwojowi każdego guza wywołanego chemicznie. Kolejną sprawą jest to, że system odpornościowy stawał w pogotowiu, a my nie wiemy, czy to jest dobry, czy zły objaw, ale organizm na pewno rozpoznał modyfikowane ziemniaki jako obce. Byliśmy pewni, że to proces wszczepiania genu powoduje problem, a nie gen. Modyfikowany gen, gdy sprawdzaliśmy wyizolowany, nawet w wysokim stężeniu nie powodował szkody. Była to bardzo ważna sprawa, bo amerykańskiemu FDA chodziło o technologię. To, co my opublikowaliśmy było potwierdzeniem, że to nie modyfikowany gen powoduje problemy, ale technologia.

Kiedy pierwsze ziarna modyfikowanej soi dotarły do Wielkiej Brytanii zwierzchnictwo Arpada Pustai w sierpniu 1998 roku dało mu pozwolenie na udzielenie wywiadu BBC. W wywiadzie tym powiedział: - Jako naukowiec aktywnie pracujący w tej dziedzinie uważam, że to bardzo, bardzo nieuczciwe, żeby używać naszych obywateli jako króliki doświadczalne.

Dziś komentuje: - Nigdy mi tego nie wybaczą. Monsanto uznało nasze badania za istotne. Nawet zanim wyemitowano program, oni już o nim wiedzieli, bo Szkocki Instytut Badawczy otrzymał mnóstwo pieniędzy od Monsanto. Szybko zrozumieli implikacje.

Dzień po emisji wywiadu Arpad Pustai został zwolniony, a zespół badawczy rozwiązano.

Doktor Stanley Ewen odpowiadał za ocenę wpływu modyfikowanych ziemniaków na wewnętrzne organy szczurów. Nie ma już złudzeń, co do niezależności naukowej.

Dr Stanley Ewen: - Byłem strasznie zły i zaniepokojony, bo nie wiedziałem, co się dzieje.

Żona (?) Arpada Pustai komentuje: - Zaczęli też dyskredytować Stanleya, nie tylko Arpada czy mnie. Stanleya odesłano na emeryturę i zdyskredytowano na uniwersytecie.

Arpad Pustai: - To ciężka sprawa...

Dr Stanley Ewen: - W poniedziałek mieliśmy wspaniałą pracę, a we wtorek wszystko rozpadło się z gruzy. Miałem jakieś pojęcie, co się dzieje, ale nieprecyzyjne. Niemal dokładnie 8 lat temu byłem na przyjęciu, a obok mnie siedział ktoś z Rowett – Data Roy. Gdy spytałem czy to nie straszne, co się stało z Arpadem, spytał mnie, czy nie wiedziałem, że dzwoniono dwukrotnie z Downing Street do dyrektora. Wtedy jasno pojąłem, co się działo, że było to w jakiś sposób ponadnarodowe i że wywierano naciski na administrację Blaira, by powstrzymać badania, gdyż Amerykanie postrzegali je jako szkodliwe dla podstawy swojego przemysłu, czyli biotechnologii.

Mimo wszelkich zastrzeżeń produktom GMO i tak udało się zalać świat, a szczególnie Amerykę Północną i Południową, Azję i Australię, gdzie w sumie zajmują powierzchnię 250 mln. akrów.

Kluczowym zarzutem przeciwników GMO jest kwestia patentów. Jest to coś, co Monsanto nazywa swoją własnością intelektualną, która ma ochraniać ich interesy. W Ameryce Północnej, każdy farmer kupujący modyfikowane nasiona musi podpisać umowę technologiczną, w której zobowiązuje się do respektowania patentów firmy na modyfikowany gen.

Mówi John Hoffman, wiceprezydent firmy Monsanto: - Modyfikowane uprawy są chronione przez prawo patentowe USA. Tak więc nie wolno mi w żaden sposób zatrzymać nasion, by wysiać je w kolejnym sezonie. Jest to coś, co chroni Monsanto i inne firmy, które inwestują w technologię wiele milionów dolarów.

Dziennikarka: - A skąd Monsanto może wiedzieć, czy ktoś nie wysiał zebranych nasion?

[Drodzy państwo, ten film warto obejrzeć choćby po to, żeby zobaczyć minę Johna Hoffmana, gdy usłyszał to pytanie...]

John Hoffman: - Nie wiem, co powiedzieć... (patrząc w niebo): Skąd by wiedzieli, że ktoś wysiał zebrane ziarno?.. To dobre pytanie do Monsanto... hahaha...

Pytanie jest na tyle drażliwe, że Monsanto woli je ominąć, dając wspaniałe przyrzeczenia:
W przypadku nieumyślnego pojawienia się naszych odmian na polach danego farmera z pewnością dogadamy się z tym farmerem, by rozwiązać tę kwestię w sposób zadowalający obie strony.
Monsanto, farmerzy, naruszenia patentu... znowu pojawia się wyszukiwarka Google i co widzimy?

Rzeczywistość wygląda mniej różowo. „Centrum Bezpiecznej Żywności” z Waszyngtonu opublikowało pracę na temat farmerów pozwanych przez Monsanto za naruszenie praw patentowych. Zawiera co najmniej 100 spraw sądowych i wiele bankructw. Pośród ofiar: Troy Roush, farmer z Indiany.

Jedziemy na jego farmę.

Troy Roush: - Nasza przygoda zaczęła się w 1999 roku. Pewien pan pojawił się na farmie moich rodziców i twierdził, że jest prywatnym detektywem wynajętym przez Monsanto. Sprawdzał, czy farmerzy nie zachowują własnych nasion. Zapytał nas, czy zachowaliśmy własne nasiona. Odpowiedzieliśmy, że nie. Daliśmy mu kwity za zakup herbicydów i nasion, poinformowaliśmy, gdzie co było kupowane, by mógł sobie sprawdzić. Ale odmówił. Potem Monsanto założyło przeciwko mnie i mojej rodzinie sprawę. Zapoznali nas z dokumentami, które, jak twierdzili, dotyczyły próbek pobranych z naszych pól. By uzyskać te próbki ludzie Monsanto musieli wkroczyć na naszą posiadłość bez pozwolenia i je ukraść. Mieliśmy tamtego roku 492 akry soi „Przygotowanej na Roundap” (Roundap Ready). Były zakontraktowane przez firmę na nasiona. Kontrakt był bardzo szczegółowy, omawiał różne kwestie. Nie był to problem w nim wyszczególniony. Wszyscy o tym wiedzieli.

Dziennikarka: - Dlaczego załatwił pan to z Monsanto poza sądem?

Troy Roush: - Cóż, po 2,5 roku rodzina była wyniszczona. Cały ten stres i zagrożenie dla pracy 5 pokoleń. Jeśli by im się udało to wszystko by przepadło, zabraliby nam wszystko.

Zjawia się sąsiad David Runyon, który podobnie jak Roy obecnie uprawia konwencjonalną soję. Obaj padli ofiarą stworzonej przez Monsanto do egzekwowania prawa na polach „Policji Genetycznej”, której tak boją się amerykańscy rolnicy. Farmerzy potępiają totalitarne metody stosowane w świecie zdominowanym przez GMO.

David Runyon: - W lipcu 2003 roku przyszli do mojego domu ok. 19:00...

Dziennikarka: - Kto przyszedł?

David Runyon: - Pracownicy Monsanto. Pokazali mi wizytówki i wypytywali mnie o to, jaką soję uprawiam, jaką kukurydzę i gdzie sprzedaję uprawy. To był koniec rozmowy.

Roy: - Patenty wszystko zmieniły...

David: - Wpływa to na zaufanie do sąsiadów. Tego już nie ma. Sam mam dwóch farmerów, z którymi rozmawiam, z którymi się przyjaźnię.

Dziennikarka: - Czy farmerzy się boją?

Roy: - Oczywiście, że się boją. Nie da się bronić przeciwko tym ludziom. Stworzyli mały przemysł, służący wyłącznie do niszczenia życia farmerów. Oczywiście, że się boją.

Dziennikarka: - Czyli boi się pan, że sąsiedzi mogą na pana donieść?

Roy: - Tak! Wystarczy zadzwonić 0800-roundap. Zachęcali farmerów, by dzwonić na ten darmowy numer i kablować na sąsiada.

Dziennikarka: - Dlaczego chcieliby to robić?

Roy: - Chcą kontrolować.

Dziennikarka: - Nasiona?

Roy: - Tak. Nasiona. Chcą kontrolować życie. To podstawowy budulec żywności. Są w trakcie procesu przejęcia na własność żywności. Całej żywności!

Pomiędzy rokiem 1995 a 2005 Monsanto przejęło ponad 50 firm zajmujących się nasionami na świecie.
Firmy te produkowały kukurydzę, bawełnę, pszenicę i soję, a także nasiona pomidorów, ziemniaków i sorgo. Wszędzie ludzie obawiają się monopolu Monsanto, który na dłuższą metę grozi wyginięciem wszystkich nietransgenicznych odmian. Monsanto się nie zgadza i mówi jedynie o korzyściach płynących z biotechnologii, zwłaszcza w krajach rozwijających się, jak Indie.

Mój komentarz:
Czym grozi wyginięcie nietransgenicznych odmian roślin lepiej nie myśleć. Gdyby zaraza zaatakowała uprawy GMO groziłoby to zniszczeniem CAŁEJ światowej puli nasion danego gatunku. Uratować nas może tylko różnorodność odmian – gdy jedna zginie, pozostaną inne.

Szkoda, że psychopaci nie chcą zrozumieć, że niszcząc żywość podcinają jednocześnie gałąź, na której sami siedzą. W przypadku klęski głodu oni są tak samo narażeni na śmierć, jak cała ludzkość, którą pragną sobie totalitarnie podporządkować.

-----
Wiadomość z ostatniej chwili: polecam ten tekst!

----------------
Now playing: Someone Else?
via FoxyTunes